sobota, 9 marca 2013

Odc. 10: Zdrada



~AniaGlambert1 Adam oraz Alma są tylko parą. Nie są małżeństwem. A co do komentarzy, lubię każde, te długie także! :)

Ostatnimi komentarzami pobiłyście rekordy! Uwielbiam czytać o waszych przemyśleniach i wrażeniach :) Pozdrawiam Was, kochane!


A kto jeszcze nie wie, oto fanpage (klik!) na którym daję info dot. najnowszych odcinków Kolibra :)


10. Zdrada



Pierwsze promienie wiosennego słońca wlały się przez duże okna gabinetu. W tle cicho grała jazzowa muzyka, a w powietrzu unosiła się woń zapachowych cygar. Adam odpoczywał w swoim gabinecie, spoglądając w okna prezentujące panoramę San Diego. Po raz kolejny osiągnął zawodowy sukces; lokalne gazety rozpisywały się na temat nowego burmistrza, który spędził w więzieniu pięć lat, a Lambert nadzorował jego moralny postęp.

Drzwi uchyliły się niepostrzeżenie i stanął w nich Ronnie.

- Tommy stawił się na rozmowę. Wpuścić go?

- Tak – Odparł brunet, odwracając się w stronę stażysty. Po chwili próg pomieszczenia przekroczył średniego wzrostu blondyn. Zostali sami.

- Usiądź – Rzekł Adam, kładąc dłonie na blacie biurka – I podaj mi ręce.

Kiedy Ratliff to uczynił, Adam rozkuł metalowe obręcze. Przypatrywał się powstałym ranom i otarciom wokół nadgarstków.

- Niedobrze to wygląda. Poproszę lekarza, żeby cię zwolnił z tego żelastwa na dwa tygodnie.

Blondyn uśmiechnął się łagodnie – Powszechna opinia, która tu krąży ma poparcie. Bywasz ludzki. Czasami.

Adam roześmiał się, spoglądając w brązowe oczy – Przejdźmy do ważnego tematu. Zapoznałem się z twoją przeszłością i chcę, byś powiedział mi na ten temat więcej. Podczas badania wykazałeś reakcję na dziewczynę, którą znałeś. Anne Rynsky. Opowiedz mi o niej.

Tommy wziął głębszy oddech, po czym zwrócił wzrok ku Adamowi.

- Poznałem ją ze dwa, trzy lata temu. Studiowała wtedy psychologię i prawo. Przypominała mi matkę. Zawsze pogodna i radosna. To znaczy, tak sobie ją wyobrażałem. Silna kobieta. Asymilowałem się z jej otoczeniem, by w końcu mnie zauważyła. Była przy mnie szczęśliwa.

- Tworzyliście związek?

- Nie. To była przyjaźń. Chciałem wprowadzić ją do mojego świata. Tego, o którym wiedzą nieliczni. Zaczęła gasnąć w moich oczach. Liczyłem na to, że tak inteligentna osoba zdoła mnie zdominować. Kiedy zobaczyłem w jej oczach łzy i prośby o pomoc, poczułem odrazę. Nie umiem pomagać ludziom. Nie umiem żyć z płytkimi, łagodnymi charakterami. Słabe robactwo trzeba tępić.

- Stop – Rzekł Adam – Czym ją złamałeś?

- Odszedłem – Odparł Tommy, zakładając ręce na piersi – Tak jak kobiety. One zawsze odchodzą.

- Wychowywałeś się z matką, siostrą?

- Matki nie znałem. Siostra była w drodze przede mną, ale nie uchroniła się przed nożem swojej nosicielki. Kiedy Anne była za słaba by żyć, zniknąłem.

Adam pokręcił głową – Interesuje mnie Alexander Potats, nastolatek, który wpadł w depresję i popełnił próbę samobójczą.

- Poznaliśmy się w klubie. Zaczęliśmy się spotykać i rozmawiać na poważne tematy. Oczytany, ciekawy świata, inteligentny, lecz uczuciowo słaby człowiek. Bardzo słaby.

- Jaka była między wami relacja?

- Na początku widywaliśmy się jedynie w celu rozmowy czy wspólnej zabawy na mieście. Niezwykle inspirujący i pociągający człowiek. Miał w sobie niegasnącą iskrę, która zaczęła mnie budować, zmieniać moje patrzenie na świat. Pewnego razu chcieliśmy pozwolić sobie na więcej, więc pojechaliśmy do hotelu.

- Co dalej? – Spytał Adam.

- Mogę papierosa?

- Jasne – Rzekł Lambert, podrzucając chłopakowi paczkę Chesterfieldów.

- Poszliśmy do łóżka. Liczyłem na obecność kogoś, kto nie będzie się mnie bał. Kto potrafi sprawić, że poczuję strach, którego definicji  nie znam. Kiedy zaczynaliśmy, wyznał, że to jego pierwszy raz i nie możemy pozwolić sobie na wiele.

- Co masz na myśli mówiąc „na wiele?”

- Stosunek. Znowu poczułem niechęć. Wtedy wyznał mi miłość. Po krótkiej wymianie zdań wyszedłem z pokoju, zostawiając go tam samego. Nie potrafię kochać.

Adam westchnął cicho – W porządku. Brian Sisley. Utrzymujecie kontakt, mieliście wspólne sprawy. Brian ma na koncie wiele przestępstw, ale ty nie brałeś w nich udziału.

- Nie jestem mordercą, ani psychopatą. Brian ma wypaczony umysł, choć potrafi stwarzać pozory uroczego dzieciaka, którym nigdy nie był. W końcu trafiłem na mur, którego nie jestem w stanie przebić. Podnieca mnie pewność siebie u ludzi, którzy chcą mnie zdominować. Imponuje mi ich siła. Brian właśnie taki jest.

Adam oparł łokcie o blat biurka – Brian jest sadystą. Dopuścił się przestępstw na tle seksualnym. Mimo tej świadomości uprawiałeś z nim seks?

- Głównie z tego powodu.

Lambert parsknął śmiechem, po czym pokręcił głową – Jesteś nienormalny.

Ratliff odpowiedział łagodnym uśmiechem, po czym wzruszył ramionami – Jeszcze nie dojrzałeś do tego, by zrozumieć na czym polega relacja, w której dwie osoby chcą rządzić.

- A myślisz, że bym chciał?

- Na pewno…

Zawrót głowy. Uczucie suchości w gardle.

- Brian jest jak bóg – Uśmiechnął się Tommy – Widzi nas wszystkich i wszystko od niego zależy.

Adam zmarszczył brwi – Słucham?

- Niedługo wspomnisz moje słowa – Ratliff założył ręce na piersi, po czym wziął głębszy oddech – Chcę byś ty był kolejnym nazwiskiem w mojej kartotece.

Adam szerzej otworzył oczy.

- Czuję twoją władzę. Może i bywasz ciepłym tatusiem, ale czuję w tobie siłę, która mnie przyciąga. Dlatego chciałem, byś został moim opiekunem. Chcę spróbować cię złamać. Chcę, byś doświadczył tej próby i zdał egzamin.

Brunet uśmiechnął się w odpowiedzi, po czym sięgnął po papierosa.

- Jak daleko jesteś w stanie się posunąć?

- Czasami żądza jest tak silna, że przyćmiewa cel i ślepo brniesz w ciemność.

***

Dzień rozpoczął się zupełnie normalnie. Każdy pracował w swoim tempie. Adam kończył właśnie swoje śniadanie, gdy usłyszał z podwórza krzyk, będący zawołaniem jego imienia. Chwilę później rozbrzmiała seria wystrzelanych pocisków z wieży wartowniczej. Wybiegł z gabinetu, potrącając kubek ze świeżą kawą. Czarna ciecz rozlała się po gazecie, którą właśnie przeglądał.



Tommy usiadł na schodach prowadzących do pomieszczenia gospodarczego. Wyciągnął papierosa, którego wygrał w zakładzie, po czym przysunął go do nosa. Zapach suszonego tytoniu przywołał uśmiech na zmęczonej twarzy.

- Hej – Usłyszał, kobiecy głos. Uniósł powieki, widząc przed sobą drobną kobietę ubraną w poszarzały fartuch.

- Znikaj stąd – Rzekł oschle, wyjmując pudełko zapałek – To niebezpieczne miejsce. Jeśli Adam się dowie…

- Nie dowie się – Rzekła Alma, przysiadając obok – Powiedziałam mu o nas.

- O nas? – Tommy uniósł brwi.

- O tym, że się znamy – Uśmiechnęła się – Był wściekły.

- Nie dziwię mu się – Odparł blondyn, przypalając papierosa. Zaciągnął się dymem – Takie dziewczynki jak ty nie powinny zadawać się z ludźmi mojego pokroju. Należycie do facetów, którzy trzymają was przy sobie. I jak widać słabo im to wychodzi.

- Czemu jesteś taki zimny? – Spytała.

Zwrócił ku niej swój wzrok – A obiecywałem, że będę inny?

- Co za miła niespodzianka… - Usłyszeli niski ton głosu. Żwir szumiał, rozsypując się pod stopami kilku par butów. Tommy wstał, gdy grupa mężczyzn stanęła tuż przed nimi – Mamy jedno życzenie.

- Nie jestem waszą pieprzoną wróżką – Warknął Tommy – Zjeżdżajcie stąd.

Grupa zaczęła otaczać Tommy’ego oraz Almę.

- Dajesz nam dziewczynę, my gwarantujemy ci pozycję i bezpieczeństwo. Wchodzisz w ten układ?

Tommy zaciągnął się dymem po raz kolejny, po czym parsknął śmiechem. Szarpnął Almę za rękę, po czym pchnął ją przed siebie.

- O tym mówiłem. Nadal jesteś taka odważna?

Widział drżenie jej ciała. Słyszał cichy pisk przerażenia. Złapał ją ponownie i dał jej schron za swoimi plecami.

- Bronisz swoich dziwek?

- Bronię tych, którzy są za słabi – Odparł, nie cofając się nawet na krok. Ujrzał na placu Ronniego, który bacznie go obserwował. Tommy skinął do niego głową. Po chwili chłopak zniknął z placu. 

Rozpoczął się czas gry na zwłokę. Miał wstrzymać atak na co najmniej półtorej minuty. Kiedy jeden z mężczyzn sięgnął do swojej kieszeni, nie miał wyboru.

- Adam! – Wrzasnął, gdy mężczyźni rzucili się w ich kierunku. Zdołał uchronić Almę przed ciosem najsilniejszego z mężczyzn, osłonił ją swoim ciałem i przybił do ziemi. Przewrócili się, raniąc nagie ramiona żwirem i piachem. Zapanował hałas i ogólny chaos; po chwili rozbrzmiała seria wystrzelanych pocisków z wieży wartowniczej.

Lambert w tym czasie wybiegł na podwórze. Skierował swój wzrok ku grupie policjantów, rozdzielających centrum zamieszania. Próbował biec, lecz nogi odmawiały mu posłuszeństwa. Ujrzał swoją kobietę w ramionach człowieka, którego krzyk przed chwilą usłyszał. Zbliżył się do pary, po czym uklęknął tuż przed Almą.

- Co ty tu robisz? – Spytał szeptem, czując, że traci głos w gardle. Przeniósł wzrok na Tommy’ego.

- Próbowałem pomóc…

Brunet chciał już sięgnąć po pistolet, jednak w ostatniej chwili się powstrzymał. Powinien być wdzięczny. Alma jako jedyna w przeciwieństwie do reszty nie miała na sobie śladów krwi.

- Simon – Lambert podniósł wzrok – Zaprowadź dziewczynę do mojego gabinetu. Muszę się zająć tą sprawą.

Poczuł na sobie wzrok wystraszonych oczu, jednak nie miał ochoty odwzajemnić spojrzenia.

- Jesteś cały? – Spytał Tommy’ego, mierząc go wzrokiem.

- Nie wiem. Chyba tak – Odparł. Plac pustoszał.

- Zabraknie wam izolatek. Mnie też zamkniesz? – Spytał cicho, pocierając swoje nagie ramiona.

Lambert wstał, wyciągając dłoń ku Ratliffowi. Ten odpowiedział niepewnym siebie spojrzeniem.

- Chodź – Rzekł brunet. Po chwili obie dłonie się złączyły, a oczy znalazły się na jednej wysokości. Źrenice bacznie wpatrywały się w siebie, szukając odpowiedzi na jeszcze niezadane pytania.

Adam puścił rękę Ratliffa, po czym ruszył przodem w kierunku pomieszczenia. Podszedł do dyżurującego.

- Chcę dzisiaj wygłosić apel. Zorganizuj mi wolną salę.

- O nie – Rzekł Kris, idący w ich stronę – Odwołuję widzenia na najbliższy miesiąc. Pięć dni głodówki dla wszystkich, bez wyjątku. Ograniczenie spacerów na dwa tygodnie.

- Kris – Warknął Adam – To nie jest odpowiedzialność zbiorowa.

- Twoje resocjalizacje zdają się na gówno. Ze śmiecia nie ulepisz złota.

Tommy skrzyżował ręce na piersi – Chyba popełniasz wykroczenie, mówiąc o mnie w ten sposób.

Allen poczuł drżenie swoich rąk – Nie dałem ci prawa głosu.

- Ja to prawo zawsze będę miał.

- Izolatka.

- Och, czyżby? – Uśmiechnął się Tommy, po czym spojrzał na Adama – Kogo teraz poprzesz? Wsadzisz mnie tam z rozkazu swojego kumpla, czy nagrodzisz za uratowanie twojej niepokornej panienki?

Kris przeniósł wzrok na Lamberta – Co Alma robiła na spacerniaku?

- Przyszła do mnie - Tym razem Tommy stanął w centrum zainteresowania.

- Nawet go nie słuchaj – Rzekł stanowczo Kris, kładąc dłoń na ramieniu Adama, który pozostawał w kontakcie wzorkowym z blondynem.

- Mówiłem, że kobiety odchodzą. Taka jest ich natura – Powiedział ze spokojem Ratliff – Nawet jeśli nie na zawsze, to na chwilę. Wpadają do celi twoich podopiecznych, by wskoczyć im do łóżka.

Poczuł, jak w jego żyłach gotuje się krew.

- Są grzeczne przy ułożonych facetach, a tak naprawdę skomlą, gdy ktoś silniejszy zechce mieć je przy sobie.

- Masz rację, Kris. Wsadźmy tego gówniarza. Niech spokornieje.

Tommy z uśmiechem pokiwał głową – Spytaj ją – Rzekł, patrząc w kierunku szatynki, która opuściła gabinet i przyglądała się mężczyznom – Niech skłamie ci prosto w oczy, że nie chciała się ze mną przespać.

- To nie jest prawda – Odparł Lambert. Znowu poczuł obrzydzenie względem chłopaka. Drażnił go ten drwiący uśmiech i chłodny ton głosu – Pieprzony kłamca – Dodał, odwracając się. Szedł w kierunku Almy, która cofnęła się do gabinetu. Adam zamknął za sobą drzwi, które trzasnęły głośno.

- Co robiłaś na placu? – Spytał, stając tuż przed nią.

Wzruszyła ramionami, wpatrując się w zdenerwowane oblicze Adama – Chciałam porozmawiać.

- Z kim? Zabroniłem ci – Rzekł surowo.

- Z Tommym – Choć jej głos brzmiał odważnie, bała się. Była przerażona jeszcze bardziej niż na placu, w otoczeniu obcych jej mężczyzn.

Zacisnął dłonie w pięści – Wyleją cię za złamanie regulaminu.

Widział w jej dużych oczach łzy. Wcisnęła ręce w kieszenie poszarzałego fartucha.

- Ostatnie pytanie – Rzekł, pochylając się ku niej – Spałaś z nim?

- Adam! – Krzyknęła, cofając się na krok – O czym ty mówisz! Za kogo mnie masz? – Po jej bladych policzkach potoczyły się łzy.

- Musiałem się tylko upewnić – Odparł chłodno – Chodź do mnie – Dodał, zbliżając się do jej ciała. Przytulił ją delikatnie, wtulając jej głowę w swój tors – Nie denerwuj się. Wszystko wróci do normy. Ostrzegałem cię przed tym miejscem.

Objęła go w pasie i opuściła powieki. Zaszlochała cicho. Uspokajała się.

***

Wieczór upływał w spokojnym tonie. Szklanka zimnego piwa oraz mecz drużyny baseballowej z Pittsburgha przyniosły długo wyczekiwany relaks po ciężkim dniu.

Telefon milczał, kanały informacyjne można było przełączyć. Za oknem panowała absolutna cisza.

- Adam? – Brunet usłyszał kojący, kobiecy głos za swoimi plecami. Dochodziła godzina dwudziesta trzecia. O tej porze Alma zwykle była w łóżku. Tym razem wciąż miała na sobie ubranie zamiast białego, bawełnianego szlafroku.

To miał być moment, w którym wszystko musiało się zmienić. Na lepsze, na gorsze – czas pokaże.

- Chcę ci o czymś powiedzieć.

Adam poczuł przyspieszone bicie swojego serca. Jest w ciąży? Tylko nie to, nie teraz.

- Słucham cię? – Odwrócił się w jej kierunku.

Milczała, wpatrując się w złączone dłonie.

- Skłamałam. Zdradziłam cię.

Wargi bezwiednie się rozchyliły. Serce zmieniło swój rytm, powodując ucisk w klatce piersiowej. Wpatrywał się w zawstydzone, niewinne oblicze kobiety, którą jak sądził – kochał. Czuł, jak po rozgrzanych policzkach zaczynają płynąć pierwsze, słone łzy.

- Przepraszam… - Szepnęła, przykładając dłoń do ust.

Nie potrafił się do niej zbliżyć. Jeszcze przez długi czas wpatrywał się w przestraszone oczy, które były puste. Puste, jak nigdy wcześniej. Wstał, sięgnął po swój portfel oraz telefon.

- Nie idź, błagam cię… - Szepnęła, łapiąc go za rękę. Zmierzył ją surowym wzrokiem – To nie była do końca zdrada, to…

- Nie chcę tego słuchać. Puść mnie. Nie potrafię na ciebie patrzeć -  Rzekł, idąc do przedpokoju. Zakładał buty, lecz drżące ręce nie mogły poradzić sobie ze sznurowadłami.

Czym sobie na to zasłużył? Jestem zdolny do wszystkiego. Czy ona naprawdę była do tego zdolna? Ta cnotliwa, nieśmiała dziewczyna, wpatrzona w niego, w pełni mu podporządkowana? Kobiety. One zawsze odchodzą. Kto powinien ponieść odpowiedzialność? On, za niepoświęcanie jej uwagi? Czy to niema zemsta za pożądliwą atmosferę, która istniała między nim a Tommym? Czy winę powinien ponieść ten demon, który potrafi pchnąć każdego człowieka w dowolnym kierunku, jaki wskaże mu na mapie zniszczenia?

Nie wiedział. W tym momencie przyczyna nie miała znaczenia. Liczyły się konsekwencje. Przekręcił kluczyk w stacyjce, popuścił sprzęgło i dodał gazu.

Chciał uciec od domu. Uciec od myśli, które powodowały łzy na jego twarzy.

sobota, 2 marca 2013

Odc. 9: Moja zdobycz



Ania Glambert 1: Wyjaśnienie odnośnie tytułu na pewno się pojawi. A co do dodawania odcinków – możesz być pewna, że nie zawieszę tego opowiadania. Dzielnie przebrnęliśmy przez prawie 80 odcinków Gołębia, tym razem również damy radę! :) Po prostu są tygodnie, kiedy mam dużo pracy, albo niewystarczająco dużo weny, by stworzyć dobry odcinek. 

Bardzo dziękuję za komentarze! Miło Was witać co tydzień :) Zapraszam do odcinka.

9. Moja zdobycz

- Tommy – Adam pochylił się ku blondynowi – Będziesz ze mną współpracował?
Brązowe oczy wyrażały zainteresowanie – Dobrze. Pójdę ci na rękę.
Brunet westchnął pod nosem – Przeczytam ci moje wnioski i sprawozdanie. Potwierdzisz fakty, zaprzeczysz fałszom.
Sięgnął po kartkę, którą uzupełnił nad ranem.

Tommy Joe Ratliff (Chula Vista – San Diego); pod opieką Simona G., Adama L.
Przypadek psychopatii charyzmatycznej. Osobowość człowieka, który nakłania innych do czynienia złego; rujnuje ich stan psychiczny oraz zdrowotny. Nie potrafi kochać, odczuwać empatii ani współczucia. Satysfakcję i poczucie własnej wartości budowane jest poprzez prezentację swojej fałszywej tożsamości innym ludziom z otoczenia.
Oskarżony rujnuje życie osobiste napotkanych mu osób, wiążąc ich względem siebie w emocjonalny sposób. Prezentuje im fałszywy obraz swojej osobowości.
Silny psychicznie charakter człowieka o nierozwiniętym poczuciu własnej wartości. Wykorzystuje innych do realizacji własnych celów, które są bezpodstawne.
Oskarżony często nawiązuje kontakty seksualne z napotkanymi ofiarami zarówno z kobietami jak i z mężczyznami. Nie odnotowano przypadku, w którym wymusiłby współżycie. Nie popełnił również zbrodni, za którą może być skazany.

- Nazwałeś mnie psychopatą – Rzekł Tommy – Zacznijmy od tego. Jestem całkowicie zdrowy. I nie sypiam z przypadkowymi osobami – Gdy wypowiadał te słowa, jego oczy nie mrugnęły ani razu.
- Och… - Uśmiechnął się Adam – No tak, lekarze nie potrafią zdefiniować Twojego stanu.
- Lubisz trudne przypadki? – Tommy sugestywnie uniósł jedną brew.
Ciszę przerywały jedynie ich ciche oddechy oraz dźwięk przygasającej co kilka chwil żarówki.
- Szalenie – Odparł Adam, łagodnie rozchylając wargi. Wmawiał sobie, że to tylko gra, choć tak naprawdę jego ciało odmawiało współpracy z rozumem.
- Chcesz się mną zająć? Zależy ci na tym… - Tommy wstał, opierając dłonie o stół. Adam ujrzał część torsu, skrywanego pod niedopiętą koszulą. Blondyn oparł kolano o krawędź blatu, po czym jedną nogą odbił się od podłogi.
- Nie wchodź na stół – Rzekł oschle Adam.
- Może mam się znaleźć pod nim?
Fala gorąca znów uderzyła w podbrzusze. Powieki częściowo przysłoniły zamglone oczy. Widział tylko niebezpieczne zwierzę łaszące się do jego stóp.
- Adam, nie daj się prosić… - Zamruczał chłopak, przyprawiając bruneta o dreszcze. Ułożył dłonie na jego ramionach, sprawiając, że krótki łańcuch łączący jego nadgarstki oplótł szyję Lamberta. Uśmiechnął się łagodnie przesuwając palce na kark; ucisk stawał się coraz mocniejszy. Grube drewno niebezpiecznie skrzypnęło pod naporem ciała.
Adam wpatrywał się ze spokojem w brązowe oczy. Wiedział, że chłopak nie zrobi mu krzywdy. Był zbyt cennym narzędziem, by mógł zginąć bez powodu.
- Nie boisz się? – Ratliff uniósł brwi – Wiesz, że jestem zdolny do wszystkiego.
- Nie mam kogo się bać – Lambert złapał nadgarstki chłopaka, odsuwając go od siebie – Znowu uciekasz od rozmowy. Obiecałeś mi współpracę. Usiądź i odpowiadaj na moje pytania.
Tommy uklęknął na stole tuż przed twarzą Adama.
- Nie jestem groźny. Ludzie sami się do mnie zbliżają na niebezpieczną odległość. To moje przekleństwo, że lubię oglądać upadek – Powiedział cicho, przygryzając wargę – Mogę jedynie sugestywnie się uśmiechnąć, by nagle zmieniali punkt widzenia. To nie zależy ode mnie.
- Kłamiesz – Warknął Adam – Jesteś manipulatorem. Co chwilę możesz stawać się zupełnie innym człowiekiem i ludzie uwierzą w każdą twoją tożsamość, bo jesteś kameleonem.
Tommy uśmiechnął się i wzruszył ramionami. Wpatrywał się w niebieskie oczy, chłonąc pewność siebie tkwiącą w dużych źrenicach.
- Chciałbym umieć kochać – Powiedział cicho – I to jedyna prawda, za którą nie stoi nawet blady cień kłamstwa.
Adam poczuł ukłucie w sercu. Zalewającą go falę współczucia. Sam już nie wiedział, w co powinien wierzyć.
***
Zegarek stojący na biurku wskazywał godzinę szesnastą. Kris założył kurtkę i sięgnął po swój telefon.
- Wiem, że to niewiarygodne, ale dziś nie biorę nadgodzin – Rzekł, uśmiechając się szeroko – Zamówiłem romantyczną kolację u Stinsonów.
Lambert spojrzał w kierunku przyjaciela – Tam, gdzie za byle gówno płacisz dwadzieścia dolców?
- Za mało czasu poświęcam swojej kobiecie. Ty pracujesz wspólnie z Almą, więc to inna sprawa. Widzicie się bez przerwy.
- Zawodowo nie mam z nią nic wspólnego – Odparł oschle Lambert, wypełniając dokumenty.
- Nie poznaję cię – Rzekł Kris, przysiadając na biurku – Jeśli chcesz porozmawiać, zawsze możesz się do mnie odezwać.
- Dzięki, ale chyba sam muszę to przetrawić – Mruknął Adam, spoglądając w kierunku przyjaciela – Idź już. Dam sobie radę.
Brunet kiwnął głową, po czym opuścił gabinet. Po chwili drzwi skrzypnęły ponownie. Stanęła w nich drobna kobieta.
- Skończyłam swoją zmianę – Rzekła Alma, podchodząc do biurka Adama. Założyła ręce na swoje szczupłe biodra, po czym wzięła głębszy oddech – Wracamy do domu?
- Nie mogę – Lambert na moment podniósł wzrok – Mam jeszcze dużo pracy.
- Nie uważasz, że przeżywamy trochę za mało szaleństwa? – Spytała, siadając w fotelu Krisa – Inni wychodzą do kina, do barów, spotykają się ze znajomymi, a my? Tylko praca, którą przynosisz nawet do domu.
Adam pokręcił głową i westchnął pod nosem – Staram się zapewnić ci wszystko, czego potrzebujesz.
-Jesteś nieobecny. Zimny – Dodała – Nie zbliżasz się do mnie, zachowujesz dystans. Bądź szczery… Masz kogoś?
Zimny pot zrosił jego plecy. Podniósł głowę – Żartujesz?
- Widzę z kim pracujesz. Same piękne, młode kobiety. Wykształcone, ciekawe świata. Pewnie chciałbyś…
- Alma! – Uderzył pięścią w stół, czując jak w jego żyłach przyspiesza puls – Nie zrobiłbym tego! Ten pocałunek nie miał miejsca, towarzyszące podniecenie w każdym momencie również się nie liczy Nigdy bym cię nie skrzywdził! Kłamiesz Nie wierzysz mi? To jakaś paranoja, pociąga mnie mężczyzna…
- Powinieneś uczyć się od tych… od tych… popaprańców, z którymi pracujesz! – Krzyknęła, cofając się na krok – Zwykły morderca jest w stanie okazać mi więcej sympatii niż ty!
Patrzył na nią z niedowierzaniem.
- Słucham? Z kim ty rozmawiałaś? – Spytał z przerażeniem. Jeszcze bardziej bał się usłyszeć odpowiedzi. W uszach grały mu wciąż te same słowa „wiesz, że jestem zdolny do wszystkiego”.
- To żadna tajemnica.


Alma niosła ostatnią tacę pod wskazany numer celi. Pięć dwa siedem. Uchyliła szczelinę w drzwiach, po czym zapukała dwukrotnie, mówiąc przy tym cicho „obiad!”.
- Alma? – Usłyszała zza drzwi męski, łagodny głos wypowiadający jej imię.
- Skąd wiesz jak się nazywam? – Spytała, nie wykonując żadnego ruchu.
- Od dawna nie mogłem się doczekać twojej obecności. To fascynujące, że tak krucha istota ma siłę stawiać czoła grupie mężczyzn, którzy są potworami. Powinnaś na siebie uważać.
Milczała, przypatrując się drzwiom. Odsłoniła wąską zaślepkę; drgnęła, gdy ujrzała parę szeroko otwartych, brązowych oczu. Nie wiedziała do kogo należą. Nie wiedziała, że mają moc zaklinania.
Przypomniała sobie kilka reguł rządzących tutejszym miejscem. Znała podstępne sztuczki więźniów. Trafiła na nieschematyczny przypadek. Poczuła ulgę i natychmiast pomyślała „on jest inny”.
- Uważam, że Adam to wspaniały człowiek, pomimo że tkwię tutaj przez serię błędów, które popełnił w mojej ocenie. Duszę się w tej klatce.

Adam przygryzł wargi na tyle mocno, że poczuł metaliczny posmak krwi na języku.
- Nie wolno ci z nim rozmawiać. To najtrudniejszy przypadek tego miejsca. Nie zbliżaj się do tego człowieka, rozumiesz? – Wstał ze swojego miejsca.
- Wydajesz pochopne opinie.
- Nie podważaj moich kompetencji! – Krzyknął – Błagam, powiedz, że nie wierzysz w to, co on mówi. Obiecaj, że będziesz omijać go szerokim łukiem.
Alma nie mówiła Adamowi o wszystkim, co wydarzyło się w murach tego budynku.

Stała w kuchni, zmywając naczynia. Jej oczy powiodły w kierunku spacerniaka, gdzie znajdowała się liczna grupa więźniów. Kiedy dostrzegła samotnika, kroczącego po drodze tuż za murami budynku, nie miała wątpliwości, że to ten człowiek, z którym rozmawiała kilka dni wcześniej. Dostrzegł ją i zwolnił kroku. Dzieliło ich kilka metrów i gruby mur z rzędem dużych okien. Alma odwróciła wzrok, wracając do powierzonego jej zadania. Ciążyła nad nią jednak pewna pokusa… czarne źrenice wyjrzały ponownie przez szklaną taflę. Jego już nie było.

- Ty nie masz serca… - Rzekła, cofając się do drzwi – Nie widzisz, jak bardzo samotny jest ten człowiek? Jak bardzo cierpi z tego powodu?
Adam roześmiał się – Znasz jedną z tysiąca jego masek. Zaufaj mi. Nie rozmawiaj ani z nim, ani z nikim innym.

Drobne, kobiece dłonie formowały ciasto. Alma otarła przedramieniem czoło, po czym westchnęła płytko. Usłyszała lekko stawiane kroki za swoimi plecami.
- Mam pomóc w kuchni. Przydam się do czegoś? – Spytał Tommy, powoli zbliżając się do Almy. Odwróciła głowę, uśmiechając się przy tym łagodnie.
- A czym chcesz się zająć? – Spytała, wpatrując się w brązowe oczy.
- Odpocznij. Popracuję za ciebie – Rzekł, uśmiechając się jeszcze szerzej niż przed chwilą. Zbliżył się do stołu, po czym złapał w dłoń rękojeść noża. Zaczął kroić kolejne kawałki mięsa, czekającego na przygotowanie. Każdy jego ruch był płynny i ostrożny.
- Znasz się na gotowaniu? – Spytała, okazując swoje zainteresowanie.
- Kilka lat temu próbowałem swoich sił – Rzekł, puszczając jej perskie oko  – Możesz podać mi przyprawy? Są w górnej szafce.
Bez wahania podeszła do niskiego stołka. Postawiła na nim stopę, po czym odbiła się od podłogi. Nim zdołała się wychylić, krzyknęła. Straciła równowagę, lecz nie upadła na ziemię. Poczuła jedynie silne uderzenie pleców o krawędź stołu. Znajdowała się przy blacie, a ciała przywierały do siebie tak mocno, że czuła nierówne tempo bicia ich serc. Jej – przyspieszonego i nieregularnego, jego – spokojnego i opanowanego.
- Nic ci się nie stało? – Spytał z wymuszoną troską. Odgarnął kosmyk włosów z jej czoła.
Pożerał ją wzrokiem i czuła to tak wyraźnie, jak nigdy przedtem. Czuła emocjonujący dreszcz podniecenia, kłócący się z jej moralnością.
- Wszystko w po… - Zawahała się na moment – W porządku.
- Adam to prawdziwy szczęściarz… Dziwi mnie tylko, że pozwolił tak delikatnej kobiecie tkwić w tym miejscu. Że nie jest w stanie dać jej poczucia bezpieczeństwa…
Czuła drżenie swoich kolan aż do momentu, gdy Tommy cofnął się na krok.
- Wiele pracy przed nami – Rzekł – Wróćmy do naszych obowiązków.

- Wiesz co… - Szepnęła cicho – Siedź tutaj i gnij w tej cuchnącej norze. Wracam do domu – Rzuciła, opuszczając gabinet.
Adam uderzył pięścią w stół i wplótł palce w swoje włosy. Nienawiść wypełniała całą jego głowę. Rozgorączkowane ciało dygotało konwulsyjnie.
Wyszedł z pomieszczenia i skierował się do celi numer pięć dwa siedem. Posiadał do niej klucz. Ciężkie kroki dudniły w głębi korytarza. Dwa ruchy w prawo; drzwi uchyliły się. Przekroczył próg pokoju, łapiąc Tommy’ego za koszulę. Przybił go do ściany tak mocno, że blondyn na moment stracił oddech.
- Spróbuj ją tknąć. Spróbuj tylko podejść, a zniszczę cię – Wycedził przez zaciśnięte zęby.
- Nie o nią mi chodzi – Wycedził chłopak.
- Więc o kogo? – Warknął brunet.
Szczupłe ciało natarło na to silniejsze. Chude ręce zacisnęły swe palce na masywnych nadgarstkach bruneta. Język gwałtownie rozdzielił suche wargi i sięgnął podniebienia. Zęby łapczywie wgryzały się w miękkie, spragnione pocałunków usta.
Uchylone drzwi, wartujący strażnicy, zatęchły zapach wilgotnych murów; nic w tym momencie się nie liczyło. Plecy blondyna uderzyły w metalową konstrukcję piętrowego łóżka. Po chwili ciało zostało bezwładnie rzucone na cienki, twardy materac. Każdy bodziec docierał do ich nietrzeźwych umysłów jak przez mgłę.
- Jesteś najgorszym sukinsynem, jakiego znam – Syknął Adam, brutalnie wkładając dłoń pod sztywny materiał koszuli. Nie mógł oddać tego trofeum nikomu innemu, a zwłaszcza swojej kobiecie. Należysz do mnie.
Tommy tracił oddech pod naciskiem cięższego ciała. Jego oczy zaszkliły się, a wargi drżały nieznacznie. Widział jedynie parę błękitnych oczu, które przeszywały go na wskroś. Dłoń przez chwilę badała fakturę miękkiego brzucha.
- Wiesz, że to zabronione? – Szepnął Ratliff, zakładając ręce na kark Adama. Lambert poczuł zimny łańcuch na swojej skórze.
- Wiem.
- Wiesz, jak przykre mogą być konsekwencje?
- Nie potrafię zwolnić… - Odparł Adam, zbliżając swoje rozpalone wargi do szyi chłopaka. Zaczął ją muskać, następnie badać wilgotnym językiem. Czuł pod nim silnie pulsujące tętno. Po chwili blondyn poczuł gorący oddech na swoich wargach. Łagodnie je rozchylił, pozwalając na jeszcze głębszy pocałunek. Ich plany względem siebie były zupełnie inne. Teraz mieli świadomość, że nie są sobie obojętni.
- Idą strażnicy – Syknął Ratliff.
Adam, choć nie słyszał najmniejszego szmeru, wstał z łóżka i cofnął się na kilka kroków. Dopiero po kilku sekundach odgłos stawianych kroków dotarł do jego uszu. Jeszcze raz spojrzał w kierunku Tommy’ego.
- Do zobaczenia? - Szepnął Ratliff tuż przed tym, gdy para służbistów przekroczyła próg pomieszczenia.
- Wszystko w porządku, panie Lambert? – Spytał jeden z nich.
Czarnowłosy nieznacznie kiwnął głową.
- Dajcie mu odpocząć, a jeśli zechce wyprowadźcie go na dwór – Rzekł, powoli opuszczając pomieszczenie. Przetarł twarz dłońmi, po czym wziął głębszy oddech. Dopiero teraz zaczął rozumieć, dlaczego zakazany owoc smakuje najlepiej.