sobota, 2 listopada 2013

Odc. 42: Złamany szyfr



Witajcie! 
Ci, którzy jeszcze nie wiedzą – jeżeli jesteście zainteresowani napisaną przeze mnie miniaturką, to zapraszam tutaj (klik!). Adommy :)

42. Złamany szyfr

Jane siedziała na łóżku hotelowego pokoju. Co kilka chwil spoglądała w lustro i na zegar. Soczyste krople dżdżystego deszczu obijały o szklaną taflę okien, zostawiając za sobą łączące się na różnych drogach ścieżki. Choć denerwowała się, nie mogła mówić o strachu. Plan mógł się powieść, albo nie. Nie istniały rozwiązania zawieszone pomiędzy jednym a drugim. Wstała, by rozprostować zastygłe w bezruchu mięśnie i kości. Zegar wskazywał równo godzinę dwudziestą, a na parking zajechało kolejne auto – tym razem czarny Dodge. Kiedy Jane ujrzała parę mężczyzn opuszczających samochód, podeszła do drzwi. Wygładziła czarną bluzkę i w pośpiechu zdjęła ze stóp ciężkie buty. Rozpuściła włosy, nadając im swoisty nieład; winda ruszyła w górę.
Podbiegła do nocnej szafki, upewniając się, że znajdzie w niej potrzebne przedmioty. Zasłoniła rolety w oknach i w mig zjawiła się przy drzwiach, gdy rozległo się pukanie. Uchyliła je, posyłając starszemu z mężczyzn ciepły uśmiech.
- Zapraszam do środka.
- Proszę wybaczyć, Droga Pani, ale próg raju nie jest mi pisany. Zgodnie z wystosowanym opisem i uzgodnieniem, zechcieliśmy złożyć najbardziej rozkoszną propozycję, na jaką nas stać. Nut jest niesamowitą siłą, który sprosta wszelkim wymaganiom.
- Doprawdy? – Jane uśmiechnęła się w stronę nastolatka, którego wyraz twarzy zaczął łagodnieć. Pogładziła jego miękkie, jasne włosy – Nie będziemy się nudzić, co nie? – Spytała półgłosem, puszczając w jego kierunku perskie oko.
- Na to nie ma szans. – Odparł Nut, łagodnie pochylając się w stronę brunetki.
- Nieczęsto naszymi klientami są kobiety. Nasi podopieczni najczęściej czynią sprawunki godne samego Ganimedesa. No cóż, nie będę zabierał więcej czasu. Zgodnie z umową pozostawiam Państwa do rana. Będę w pobliżu, gdyby zdarzyły się pewne niedogodności.
- Jestem wdzięczna za zaangażowanie. Zapraszam cię do środka, Nut. – Jane urwała rozmowę, uchylając skrzydło drzwi nieco szerzej. Kiedy chłopak znalazł się w środku, dziewczyna zamknęła pokój.
- Czym mogę służyć? – Spytał blondyn, stając naprzeciwko dziewczyny.
- Powiedz mi coś o sobie. – Odparła Jane, siadając na krawędzi łóżka – Czym się zajmujesz, co robisz, jak się trzymasz.
Chłopak łagodnie zmarszczył czoło – Przykro mi, ale nie mogę się dzielić osobistymi sprawami.
Brunetka kiwnęła głową – Jesteś tutaj z własnej woli czy z przymusu?
- Z potrzeby Pani pragnień, droga Jane.
Dziewczyna parsknęła śmiechem – Nut, przestań pieprzyć do cholery, nie sprawdzam cię. Jestem tutaj, by zaprowadzić cię do brata.
Chłopak zastygł w bezruchu. – Ja nie mam brata.
- Przekonałam się, że Tommy to straszny dupek, ale wyrzekać się go? Nawet Adam tego nie zrobił. Idiota.
- Kim jest Adam? – Nut usiadł tuż obok Jane – Kim w ogóle ty jesteś?
- Płacą ci za robotę, nie za gadanie. Rozbieraj się. – Rzekła, zbliżając się do drzwi. Wróciła do Nuta, który nieco zdezorientowany zaczął zdejmować z siebie kolejne ubrania.
- Ktoś będzie za drzwiami – Rzekł chłopak, zbliżając się do Jane – Pilnują nas.
Dziewczyna znacząco pokiwała głową – Spodziewałam się tego. Do rzeczy, chcesz wyjść na wolność?
- Ja… - Chłopak wziął głębszy oddech – Nie mam do kogo pójść, nie mam rodziny. Tommy pewnie nie chce mnie widzieć, nie przygarnie mnie.
- Ja się tobą zaopiekuję. Teraz po prostu milcz i popłyń z falą, okej?
- Co mam przez to rozumieć? – Spytał, opanowując drżenie głosu.
- Nie przeszkadzaj i słuchaj się mnie. Mogę na ciebie liczyć, Nut?
- Tak. – Odparł, nie spuszczając wzroku z dziewczyny. Pchnęła go na łóżko i wyciągnęła z szafki parę kajdanek.
- Stworzę pozory, że jesteś uwięziony. Ten plastik rozerwiesz silniejszym szarpnięciem ręki. Okej?
Blondyn znacząco pokiwał głową, wyciągając ręce w kierunku dziewczyny.
- Boję się.
- Nie ma czego, dzieciaku. Za dwie godziny zjesz najlepszą kolację w życiu. Obrzydliwe konserwy, którymi zajada się twój sukowaty brat. Kładź się. – Rzekła, idąc w stronę drzwi. Otworzyła je, wychylając się nieznacznie. Korytarzem spacerował opiekun, który ujrzawszy Jane ruszył w jej stronę. Brunetka opuściła pokój, krzyżując ręce na piersi.
- Coś nie gra?
- Obawiam się, że moje doświadczenia zawiesiły poprzeczkę zbyt wysoko. – Rzekła, opierając się plecami o ścianę – Chyba jednak skłaniam się ku starszym mężczyznom.
- Brzmi to bardzo pochlebnie, ale w jaki sposób mogę wyrazić rekompensatę? – Rzekł mężczyzna, poluzowując zaciśnięty wokół szyi krawat.
Jane zmierzyła go wzrokiem, łagodnie się uśmiechając. – Zapraszam do środka.
- Proszę wybaczyć, ale jestem zmuszony odmówić.
- Tej małej dziwce nikt nie uwierzy. – Szepnęła Jane, zawieszając ręce na karku mężczyzny – Szczerze mówiąc już w pierwszej chwili żałowałam, że to nie Ty przekroczysz próg mojego pokoju…
- Pani…
- Darujmy sobie życzliwości. – Wyszeptała, zbliżając się do warg mężczyzny, by łagodnie ich zasmakować – Jak można odmówić kobiecie, tak samotnej jak ja?
Opiekun przeciągnął językiem po suchych wargach i nerwowo spojrzał w stronę drzwi.
***
Adam leżał w swojej celi od wczorajszego dnia. Ku jego zaskoczeniu zaczął odnajdywać spokój  pośród panującej ciszy. Usłyszał kroki i cichy szept.
- Hej. Mam coś dla ciebie.
Zsunął nogi z kozetki, gdy do jego uszu dotarł ton głosu Krisa. Gdy ujrzał jego oblicze, momentalnie poczuł w sobie siłę.
- Wybacz, tylko na moment. – Rzekł Allen, wyciągając przez kraty pudełko, umieszczone w zaparowanej reklamówce – Kurczak na smażonym makaronie.
- Mogę za niego umrzeć. – Odparł Adam – Nauczyłem się doceniać małe rzeczy, ale to jest już ósmym cudem świata.
Kris uśmiechnął się ciepło – Rozmawiałem ze strażnikiem. Nie widział cię pod prysznicem ani razu.
- Ach… - Czarnowłosy zawiesił wzrok na parze swoich butów – Jakoś nie miałem ochoty tam iść i…
- Rozumiem, że się krępujesz. Pogawędziłem ze Stevenem. Jeśli masz ochotę to dzisiaj możesz pójść tam zupełnie sam.
Brunet uśmiechnął się łagodnie – Wiem, że trudno ci wybierać pomiędzy mną a służbowymi obowiązkami.
- Daj spokój, nie przejmuj się tym. Szukam najlepszego adwokata, żeby prawnie oczyścił cię z zarzutów. Adam, powiedz mi… - Kris zbliżył się do krat – Wiesz, co się dzieje z Almą?
- Wiem.
Allen znacząco pokiwał głową – Spodziewałem się, że za tym stoisz. List.
- Tylko tyle mogłem zrobić.

20 minut później
Adam odłożył puste pudełko na parapet. Godzina była jeszcze wczesna, więc postanowił skorzystać z propozycji, jaką złożył mu przyjaciel. Wziął ze sobą ręcznik i zawołał Marię, która otworzyła celę.
- Chciałbym skorzystać z prysznica.
- Odprowadzę Cię. – Rzekła z uśmiechem, kierując się w stronę głównego korytarza – Nasz blok?
- Tak. – Odparł, skręcając w lewo. Otworzył główne drzwi i rzucił ręcznik na kaloryfer. Miejsce było zimne i pełne brudnych szarości. Natryski znajdowały się pod sufitem, a podłoga wyłożona była ciemną glazurą. Zamknął za sobą drzwi, upewniając się, że nikt nie spróbuje mu przeszkodzić.
Ściągnął bluzkę przez głowę, odkładając ją na plastikowe krzesło. Równie szybko pozbył się spodni oraz butów. Zimno spowodowało nieprzyjemny dreszcz, który wstrząsnął jego ciałem. Dziękował bogu, że jest tutaj całkiem sam. Nie byłby gotów rozebrać się przed dziesiątkami innych mężczyzn, zwłaszcza, że znaczą część z nich stanowili jego dawni uczniowie. Niepewnym krokiem zbliżył się pod centralny punkt i krzyknął, gdy silny strumień zimnej wody uderzył w jego ciało. Energicznie odskoczył w bok, czując nieprzyjemne pieczenie, jakie spowodowało nagłe chluśnięcie litrów cieczy. Z rozżaleniem podniósł wzrok, gdy zdał sobie sprawę, że musi wrócić na swoje miejsce. Ściskając w dłoni mydło wykonał kilka kroków przed siebie, osłaniając głowę przed bijącymi w niego strumieniami wody.
- Kurwa! – Warknął, wykonując kilka kroków w tył. Pocierając nagie ramiona podszedł jeszcze raz, obiecując sobie, że zdąży się umyć w dziesięć sekund. Stał chwilę, zaciskając zęby z powodu chłodnej wody i stwierdził, że da sobie spokój z braniem prysznica częściej niż raz w tygodniu. Miska z ciepłą wodą dostarczana do jego celi każdego wieczoru brzmiała jak wybawienie. Z ciekawości przeszedł wzdłuż ściany, widząc na końcu pomieszczenia wydzielony segment. Jak się spodziewał, należał on do służb, ale faktycznie nikt z niego nie korzystał. Wszedł do jednej z kabin, ostrożnie przekręcając kurek z ciepłą wodą. Była jedynie letnia, ale to wystarczyło, by poczuł ulgę. Oparł się o jedną ze ścian i zmrużył powieki. Wziął głęboki oddech, rozkoszując się poczuciem całkowitej samotności.
Ciekawe co dziś robił Tommy. Być może też trafił pod prysznic. Jego ciało…
Zacisnął wargi, gdy poczuł, że jedna przelotna myśl spowodowała szybsze bicie serca. Nie potrafił nad sobą zapanować. Tęsknił za każdym aspektem jego osoby. Przesunął dłoń po szczupłym brzuchu, docierając do linii gęstych włosów, usytuowanych kilka centymetrów poniżej podbrzusza.
Długa noc, tylne fotele samochodu. Rozkoszne pojękiwanie, rozgorączkowanie.
Chwycił swoją męskość w dłoń, łagodnie poruszając w górę i w dół.  Czuł jednocześnie ulgę oraz narastające napięcie. Oddychał nieco szybciej i zacisnął powieki. Krople wody zatrzymywały się na jego rzęsach oraz wargach, spadając raz po raz na pracującą rękę. Wiedząc, że kończy mu się czas skoncentrował się na przyjemności, jaką sobie dostarczał i przyspieszył, cicho wzdychając.
Wargi, oczy, brzuch…
Otworzył usta, z których wydobył się niemy krzyk. Poczuł, jak jego rękę zalewa cieplejszy od wody płyn. Pod palcami narastało pulsowanie, które pozwoliło mu na moment zapomnieć o reszcie świata. Osunął się po ścianie, rozkoszując się ginącymi oznakami orgazmu.
***
Nie znała nawet jego imienia. Opiekun chłopaka przekroczył próg pokoju, zamykając za sobą drzwi. Widok skutego kajdankami Nuta nieco go uspokoił. Blondyn leżał pod ścianą z zakneblowanymi przez chustkę ustami. Spuścił wzrok, by po chwili zamknąć oczy.
- To gówniarz. Do niczego się nie nadaje. – Rzekła Jane, popychając mężczyznę na łóżko.
- Zaraz. – Odparł nieznajomy – On ma to widzieć?
- Nie widzę problemu. – Odparła oschle Jane, rozpinając bluzkę. Kiedy ukazała swoje drobne piersi skryte pod materiałem czarnego biustonosza, zapadła cisza.
- Nie za szybko? – Spytał, sięgając do swojego rozporka. Dziewczyna przecząco pokiwała głową, otwierając szufladę, z której wyciągnęła prezerwatywę. Próbowała nie zwracać uwagi na dzieciaka, który z przerażeniem obserwował sytuację, dziejącą się na jego oczach.
- Po prostu się zamknij i pozwól mi działać. – Odparła, napierając ustami na rozchylone wargi nieznajomego. Z jego pomocą zsunęła spodnie poniżej linii bioder i podwijając spódnicę dosiadła go, uprzednio nakładając gumkę na jego członka.
Nie rozmyślała nad moralnością czy etyką swojego czynu. Próbowała jedynie zrealizować postawiony sobie cel, a stawką w tej grze było życie innego człowieka. Brunet odpłynął; skupił się na sobie, gdy biodra dziewczyny rytmicznie unosiły się i opadały, doprowadzając go do bram rozkoszy. Opadła na jego ciało, przyciskając dłoń do ust. Niczego nieświadomy pozwolił jej na to i dopiero po chwili poczuł jak igła wbija się w jego szyję.
- Suka! – Krzyknął, próbując zrzucić ją z siebie. Udało mu się za drugim razem, a Jane spadła na podłogę, próbując spiesznie wstać.
- No chodź…  - Rzekła z cwanym uśmiechem, wycofując się pod ścianę. Obserwowała Nuta, który zbliżał się do pleców swojego opiekuna. Założył ręce na jego ramiona, wciskając w szyję łańcuch łączący parę kajdanek.
- Ty pieprzony… - Próbował krzyknąć, lecz zaczynało brakować mu tchu. Środek usypiający zaczął działać błyskawicznie. Nie było to zaskoczeniem; Jane zaaplikowała dawkę, jaką dostarcza się trzodzie chlewnej. Brunet padł, powoli tracąc świadomość.
- Zwijamy się stąd, młody. – Szepnęła brunetka, pospiesznie narzucając na siebie płaszcz. Chłopak rozerwał kajdanki i wyjął z ust chustkę. Zaczął się ubierać, gdy dziewczyna wrzucała do torby strzykawkę.
- A twoje DNA? Odciski palców? Nazwisko, na które się meldowałaś? – Wyliczał blondyn, rozglądając się dookoła.
- Ty chyba nie wiesz, z kim masz do czynienia. – Zakpiła Jane, biorąc go za rękę – Wyjście ewakuacyjne. Idź pierwszy, ale nie wychodź na zewnątrz, jasne?
Nut opuścił pokój i jeszcze przez chwilę zastanawiał się, czy nie powinien zawrócić. Podjął decyzję pod wpływem emocji i dopiero teraz zaczął zdawać sobie sprawę z konsekwencji. Przecież to wszystko może okazać się testem, a on zostanie ukarany w tak surowy sposób, że nie ujdzie z tego życiem. Zbiegł po schodach, chowając się za balustradą na półpiętrze. Zaraz po tym usłyszał ton butów na szpilce, stukających o kamienne stopnie. Serce w jego piersi zaczęło bić jak oszalałe.
- Nut? – Usłyszał głos, który przerwał wszechobecną ciszę – Nut, do cholery… Już na pierwszy rzut oka widać, że jesteś jak Twój brat. Znikasz bez słowa, gówniarzu. – Rzekła, opuszczając klatkę schodową.
Chłopak zaczął się zastanawiać, dokąd może pójść. Nie znalazł żadnej alternatywy. I tak byłby już martwy. Wybiegł z budynku, rozglądając się za dziewczyną. Dostrzegł ją po przeciwległej stronie parkingu.
- Hej, czekaj! – Zawołał do Jane.
- Gdzie ty się byłeś? – Spytała, zaciągając się papierosem – Już myślałam, że spieprzyłeś. Wsiadaj do auta. – Rzekła, zajmując miejsce za kierownicą. Chłopak usiadł obok niej. Ruszyli na północ.
***
Adam rzucił się na swoją kozetkę, zasłaniając oczy ramieniem. Zaczął się dusić otaczającą go rzeczywistością. Brakowało mu rodziny, Tommy’ego, Krisa, z którym jeszcze kilka miesięcy temu spędzał wieczory, oglądając mecze. Wizja opuszczenia więzienia również nie zapowiadała się obiecująco. Już nigdy nie miałby szans na widywania się z Ratliffem, który najprawdopodobniej skończyłby potraktowany śmiercionośnym zastrzykiem.
Czarnowłosy wyciągnął spod materaca wymiętą kartkę. Obracał w palcach złożony w kostkę papier. Choć to zaledwie sieć kresek, widział w nich Tommy’ego. Czuł jego dotyk. Sęp czy orzeł nadal poddawał się sile ulewy. Adam poczuł skurcz żołądka i powolne przesuwanie się jego treści aż do przełyku.

Niepewnym krokiem zbliżył się pod centralny punkt i krzyknął, gdy silny strumień zimnej wody uderzył w jego ciało. Energicznie odskoczył w bok, czując nieprzyjemne pieczenie, jakie spowodowało nagłe chluśnięcie litrów cieczy. Z rozżaleniem podniósł wzrok, gdy zdał sobie sprawę, że musi wrócić na swoje miejsce. Ściskając w dłoni mydło wykonał kilka kroków przed siebie, osłaniając głowę przed bijącymi w niego strumieniami wody. 

Rozszyfrowanie wiadomości okazało się łatwiejsze, niż mógł się tego spodziewać. Jeśli na obrazku pojawił się koliber pod znakiem liter „umm…” to ptak w powietrzu musiał być jego przeciwieństwem. Blok Adama, pełen spokojnych przestępców, spośród których połowa opuści więzienie po kilku miesiącach pobytu w nim oraz blok Tommy’ego – ten, w którym zwyrodnialcy zostaną poddani karze śmierci.
Zaproszenie pod wspólny prysznic do łazienki w bloku na końcu budynku roztaczało zarówno aurę strachu, jak i niepohamowanego podekscytowania.

niedziela, 27 października 2013

Odc. 41: Rysunek



Mam dla Was wiadomość, ale pewnie podłapałyście ją już na facebooku. Dostępny jest już e-book Piaskowego 

Dzięki za komentarze i życzenia! Nie przetrzymuję dłużej w niepewności, zapraszam do odcinka.

41. Rysunek

- Hej, młody – Syknął Tommy, popukując paznokciami ścianę – Jesteś? Animal, jedna sprawa za paczkę fajek.
- Za dwie. – Odpowiedział mu głos z sąsiedniej celi.
- Odpłacę w przyszłym miesiącu.
- To chrzań się.
Ratliff przeklął pod nosem, zawieszając ręce na kratach swojej klitki. Dostrzegł zbliżające się czarne cienie, malujące rozmazane smugi na szarej terakocie.
- Poranna zabawa? – Rzekł jeden z klawiszy, a kiedy Tommy usłyszał groźne charczenie wycofał się pod przeciwległą ścianę. Po chwili para dużych oczu lustrowała jego wystraszone oblicze.
- Dopiero wróciłem ze szpitala. – Odparł Ratliff, czując utratę kontroli nad swoim ciałem. Minotaur stał po drugiej stronie krat, tępo bijąc o nie głową.
- No to wpadniesz tam ponownie. – Rzekł z chłodnym uśmiechem klawisz, wsuwając kartę do czytnika. Tommy wywrócił oczami, czując jak zaczyna tracić oddech i w ostatniej chwili uniknął ataku, padając na kozetkę. Rosły mężczyzna uderzył całym swoim ciałem w zimny mur, zastygając w ruchu. Tommy porwał się do krat, które zostały zamknięte.
- Nie możecie tego robić. – Rzekł, zaciskając palce na szczeblach – On mnie zabije.
Choć stał tyłem do Minotaura, wyczuwał jego oddech, który oznaczał gotowanie się do drugiego natarcia. Wiedział, że nie zostanie wypuszczony, póki nie podda się w tej nierównej walce. Kiedy siermiężny ton stawianych prędko kroków znów wypełnił pomieszczenie, blondyn w przeciągu sekundy wspiął się na kraty i silnym kopnięciem odepchnął mężczyznę, który padł na ziemię. Tommy zeskoczył, dosiadając go i wymierzając pięścią w jego twarz. Usłyszał wtedy ciche skomlenie, które zawiesiło jego dłoń w powietrzu.
- Wierz mi, nie chcę cię krzywdzić, ale mam dla kogo walczyć o przeżycie… - Wyszeptał, podnosząc rękę jeszcze wyżej. Mężczyzna zaczął się szarpać i wyć jak dzikie zwierzę, schwytane w sidła. Zasłonił swoją twarz ramionami, kuląc się w sobie. Tommy zmarszczył brwi i pochylił się, próbując opanować przyspieszone bicie serca.
- Co jest, do cholery? – Warknął klawisz, otwierając celę – Wynoś się. – Mruknął, wymierzając cios w plecy blondyna. Chłopak podczołgał się do ściany, czując że któryś ze świeżo założonych szwów musiał pęknąć. Na pomarańczowej koszuli zaczęła rozlewać się nieduża, czerwona plama. W jego głowie szumiały słowa, które usłyszał czy przeczytał już jakiś czas temu. Bóg jest okrutny; czasem daje ci życie.
***
- Animal. – Szepnął Tommy, ponownie stukając z ścianę – Potrzebujesz kawałek drutu?
Po drugiej stronie zapadła cisza.
- Jakiego drutu?
- Metalowa żyłka. Dwa kawałki po dziesięć centymetrów.
- A cena?
Tommy oparł czoło o mur – Przekażesz Adamowi rysunek.
- Rysunek?
- Tak. Rysunek. Nawet jeśli cię złapią, nie będą mieli zarzutów.
- Mogę zobaczyć?
Tommy przekazał kartkę do sąsiedniej celi.
- Skąd będziesz miał towar?
- Mam go cały czas przy sobie. – Odparł Tommy – Jeśli nie zapłacę ci w ciągu trzech dni to sam wyegzekwujesz należności. – Rzekł blondyn, kładąc dłoń na świeżych ranach, gojących się dzięki długim szwom.
***
Adam po raz pierwszy od swojego pobytu zdecydował się opuścić więzienne mury i wyjść na krótki spacer.
Plac nie był tak urokliwy, jak parki, które brunet mijał podczas długich podróży samochodem. Usiadł na kamiennych schodach, poklepując kieszeń w poszukiwaniu papierosów. Chociaż nigdy nie musiał radzić sobie z nałogiem, miał świadomość, że w tym miejscu tytoń jest na wagę złota. Uważnie obserwował młodego chłopaka, który z wciśniętymi w kieszenie dłońmi szedł w jego kierunku. Lambert skrył paczkę i wstał.
- Do ciebie. – Rzekł nieznajomy, wciskając w kieszeń Lamberta wymięty kawałek kartki.
- Hej! Od kogo?
Chłopak ulotnił się w ciągu kilku chwil. Adam sięgnął do otworu w kurtce i wyciągnął poszarzały papier. Zmarszczył czoło i zacisnął wargi. Duża sylweta drapieżnego ptaka gubiła się w strugach silnego deszczu. Podpis był krótki i nic nieznaczący. Niedużym fontem rozpisane były litery „umm…”.  Adam odwrócił kartkę na drugą stronę, następnie uniósł dłoń, patrząc pod światło. Tommy podjął ryzyko, by przekazać mi jakiś świstek z bazgrołami? To brzmi nieprawdopodobnie. To nie ma żadnego sensu…
Usiadł na schodach i przesunął palcami po fakturze, próbując wyszukać wszelkich nierówności, które mogłyby mieć znaczenie.
- Nie jestem najlepszy w metaforach, Tommy… - Westchnął pod nosem, przyglądając się postaci orła czy jastrzębia. Wsunął kartkę z powrotem do kieszeni i wziął głębszy oddech, spoglądając w niebo. Chłodny błękit przecinało kilka białych pasm, powstałych w wyniku rozcinających niebo samolotów.
***
Kris podniósł głowę znad swojego biurka.
- Kochanie? – Zmarszczył czoło, wstając z miejsca – Co tutaj robisz?
Katy zajęła miejsce naprzeciwko męża. Ułożyła dłonie na torebce, nerwowo skubiąc jej krawędź.
- Kris, powinieneś powiadomić rodziców Adama. Jeżeli ta informacja przecieknie do mediów, to będą mieli do nas duży żal. Sam z resztą wiesz, że niczego tak nie pragną, jak mieć pewność, że ich syn żyje.
- Muszę porozmawiać o tym z nim samym. Nie wiem, czy chce, by…
- Kris. – Katy wzmocniła ton głosu – Próbuję przemówić ci do rozsądku.
- Zrozum, nie chcę go dobić rozmową z rodzicami. – Odparł Allen – I tak jest w słabej kondycji. Wybacz, kochanie. – Rzekł, gdy do pokoju weszła policjantka.
- Panie sierżancie, przyjechał oddział z Colorado.
- Zaraz ich przywitam. – Odparł Kris. Okrążył biurko i ukucnął przed Katy.
- Obiecuję, że pomyślę nad tą sprawą. Byłaś już u lekarza?
- Właśnie się do niego wybieram. Proszę, działaj, kierując się słusznymi wyborami. Pomyśl sam, czy ty jako ojciec nie chciałbyś troszczyć się o dobro swojego syna. – Rzekła, gładząc swój brzuszek.
Kris uśmiechnął się łagodnie – Odprowadzę cię. Pojedziesz z Marią.
- Wezmę taksówkę – Rzekła, wstając z miejsca – Wiadomo co z Almą?
- Jej rodzice zgłosili się do szpitala psychiatrycznego. Żyła tam przez kilka miesięcy z lewymi papierami. Ktoś podrzucił do ich skrzynki wiadomość o miejscu pobytu. Domyślam się, kim była ta osoba, ale za cholerę nie mogę wpaść na to, w jaki sposób Adam mógłby ją namierzyć. Niedługo będziemy ją przesłuchiwać, a to pozwoli nam przybić gwóźdź do trumny samemu Ratliffowi.
***
- Hej, ponuraku. – Zawołała czarnoskóra policjantka, otwierając celę Lamberta – Jakiś uroczy dzieciak wpadł w odwiedziny. Nazywa się Brad, tobie znany bliżej jako Cheeks.
Adam wyszedł na korytarz, rozprostowując kości – Cheeks? Skąd on miałby wiedzieć, że tutaj jestem?
- Będziesz miał okazję zadać mu to pytanie. Chodźmy. – Rzekła, kładąc dłoń na jego ramieniu.
- Inni nie mają żalu, że nigdy mnie nie pakujecie w kajdanki?
- Nawet jeśli musiałabym to zrobić, nie miałabym sumienia. – Rzekła z ciepłym uśmiechem, odprowadzając Adama do pokoju widzeń.
- Cheeks. – Na twarz Adama mimowolnie wpłynął uśmiech i tuż po chwili stanęli w silnych objęciach.
- Skarbie… - Wyszeptał Brad, powstrzymując łzy – Jak sobie tutaj radzisz? To takie paskudne i zimne miejsce.
- Trzymam się. – Odparł Adam, cofając się na krok – Ale twoje mieszkanie jest znacznie bardziej przytulne. Usiądź.
- Bardzo chciałem cię odwiedzić już w chwili, gdy dowiedziałem się, co zaszło. – Brad zajął miejsce przy małym stoliku – Ale trudno jest mi przekazać wiadomości od Jane, która rozmawiała z Tommym. Wiesz, jak bardzo go nie znoszę, a teraz, gdy tutaj jesteś…
- Widzieli się? – Adam zmarszczył czoło – Dlaczego nie przyszła do mnie?
- Rozmawiali na temat… wiesz, zostawienia San Diego za sobą. Poza tym nic nie wiem, Jane stała się bardzo powściągliwa. Wiem tyle, że odnalazła brata Tommy’ego.
- Jak to? – Lambert przechylił głowę – Jest już z wami?
- Nie. – Brad przecząco pokręcił głową – To temat na dłuższą rozmowę. Chcę ci przekazać powód, dla którego tutaj trafiłeś. Znasz bractwo Blue Velvet?
- Coś słyszałem…
- Próbowali cię przechwycić, by ukarać Tommy’ego za morderstwo, jakiego dokonał na ich ojcu. Tego dnia, gdy mieliście się spotkać, Velvet śledzili Ratliffa, który nie był tego świadomy. Zorientował się za późno i brak podjęcia jakiegokolwiek działania oznaczałby twoją śmierć. Przecież mógł cię zostawić i wieść samotne życie, jak dotąd, prawda? Ale nie zrobił tego. Jestem pewien, że to pierwszy raz, gdy zatroszczył się o drugiego człowieka. Uważa, że go nienawidzisz, dlatego próbował przekazać ci wieść o prawdziwym toku wydarzeń tamtego dnia.
Adam patrzył w milczeniu na Brada, analizując jego słowa na nowo, raz po raz.
- Dlaczego ja mam w to wierzyć?
- On chyba coś do ciebie czuje, jakkolwiek irracjonalnie to brzmi.
Ucisk w klatce piersiowej sprawił, że brunet łapczywie zaczerpnął powietrza. Wszystkie wspomnienia zaczęły przeskakiwać w jego głowie jak zniszczone slajdy; Wielki Kanion, Las Vegas, pola na obrzeżach wielkich miast. Beznadziejnie ubogie życie, upływające pod znakiem ucieczki, a jednak ten krótki okres w jego życiu wywarł na nim największe wrażenie. Zakochał się; po raz pierwszy w życiu czuł ten górnolotny stan, każdego dnia tłumiony przez bezduszność drugiej strony. Ale pomimo to miał w sobie pewną siłę; siłę, która nie pozwoliła mu poddać się w tej walce.
- Trudno jest mi o tym rozmawiać. – Westchnął Adam, opierając łokcie o stół – Przecież ty i ja…
- Od początku wiedziałem, co tak naprawdę dzieje się w twoim sercu – Odparł Cheeks, łagodnie się uśmiechając – Mam nadzieję, że finał wypadnie na tyle dobrze, że nie będę musiał obwiniać Tommy’ego za zrujnowanie ci życia.
Brunet uśmiechnął się ponuro, sięgając do kieszeni. Przypomniał sobie o obecności małej karteczki, którą skrywał od rana. Wyjął ją.
- Właśnie, zapomniałbym. Spójrz, dostałem ten rysunek na placu, nie wiem kto jest nadawcą.
Brad sięgnął po kawałek papieru i zmrużył oczy.
- Niewiele mi to mówi.
- Spróbuj się w to wczytać. „Umm…” brzmi jak zamyślenie.
- Nie, to chyba nie to… - Odparł Brad – Raczej widzę tutaj odniesienie do Hummingbirds… Tommy nie podpisał się, więc może zechciał dać ci znać między słowami, że to wiadomość od niego.
- W porządku, to ma sens, ale reszta?
- Do tego można dopisać tysiąc znaczeń… burza, zamieć, ale skąd ten ptak? Wiesz, obawiam się, że to jedna z zagadek nie do rozwiązania. – Rzekł Bell, oddając kartkę w ręce Adama. Brunet schował wymięty papier do kieszeni, upewniając się raz po raz czy aby na pewno nadal tam jest.
- Odwiedził cię ktoś jeszcze?
- Nie. Ale obawiam się, że wkrótce będę miał gości. – Odparł Lambert, obawiając się konfrontacji z rzeczywistością, która istniała poza murami budynku.

niedziela, 20 października 2013

Odc. 40: Wielki marsz



Hej moje koliberki! Dziękuję, że cierpliwie czekałyście :) Buziaki za pozostawione komentarze!

Skylar: W odpowiedzi na Twoje pytanie – nie, Tommy nie był świadomy tego, do jakiego bloku trafi, nawet nie miał czasu, by się nad tym zastanowić.


Zapraszam do czytania :)


40. Wielki marsz

Jane wpatrywała się w lśniący blat małego stolika, przy którym usiadła. Zastukała paznokciami w lakierowane drewno i rozejrzała się dookoła, czując na sobie wzrok policjanta, z którym nie mogła się porozumieć. Gdy do jej uszu dotarł dźwięk otwieranych drzwi, natychmiastowo przeniosła swój wzrok na wchodzącą parę – więźnia oraz strażnika.
- Tommy, skarbie – Rzekła ze smutkiem na twarzy, mocno przytulając blondyna. Objął ją równie czule. Nie musieli sobie tłumaczyć, że to jedyna możliwa zagrywka, a każde ich spotkanie będzie opisywane i monitorowane.
- Mamy pięć minut. Siadaj – Rzekł, zajmując swoje miejsce. Wyciągnął ręce w kierunku dziewczyny, łapiąc ją za dłonie. – Pojedź do Hummingbirds. Mogą nie wiedzieć, że tutaj jesteśmy.
- Tommy, sytuacja jest beznadziejna – Odparła Jane, mówiąc szeptem – Blue Velvet dali o sobie znać. Twoje wyjście z tego miejsca oznacza zagładę Kolibrów.
Ratliff stracił kontrolę nad swoim ciałem. Jego dłonie zaczęły drżeć.
- Zostawisz mnie tutaj? – Spytał, próbując przełknąć zalegającą na końcu jego języka ślinę.
- Ciebie? – Jane podniosła brwi – Zrobiłabym to z wielką satysfakcją, ale obawiam się, że bez twojej pomocy nie wyciągnę Adama. Co ty zrobiłeś? Dlaczego pociągnąłeś go za sobą? – Spytała, przechylając głowę.
- Słyszałaś zapewne, co spotkało szefa burdelu z LA. To moja sprawa. Mój brat już nie należał do niego, ale poniosło mnie. Nie miałem pojęcia, że ten gość należy do Velvet. Kazali mi oddać Adama w ich ręce, ale to oznaczałoby dla niego pewną śmierć – Odparł, nie wierząc, że jego głos się łamie – Nie mogłem go stracić.
- Do rzeczy, Tommy – Odparła Jane, nerwowo zerkając na zegar, wiszący tuż nad drzwiami.
- Velvet śledzili mnie aż do miejsca, gdzie byłem umówiony z Adamem. Wiesz, że pieprzone zasady nie pozwalały na posiadanie telefonu. Nie mieliśmy drogi kontaktu, a on był już w zasięgu mojego wzroku. Zastrzeliliby nas, gdybym nie wezwał glin. Wierz mi, to jedyne rozwiązanie, na które mogłem wpaść.
- Co z Adamem? Jak się trzyma? – Spytała Jane, zaciskając palce na drżących dłoniach Ratliffa.
- Nie wiem, jesteśmy w dwóch różnych blokach. Adam jest w najłagodniejszym. Opiekuje się nim Kris, więc zakładam, że wszystko gra.
- Mogę odwiedzać cię raz w miesiącu.
- Co? – Tommy wziął głębszy oddech, czując, że zaczyna brakować mu powietrza – Liczyłem, że wyjdę stąd w ciągu dwóch tygodni.
- Nie martw się, wymyślę coś – Rzekła, spoglądając na obserwującego ich z oddali policjanta – Daj mi trochę czasu. Stwórz dla mnie mapę tego obiektu z uwzględnieniem wszystkich komór. Nie mogę odwiedzić Adama, bo te skurwysyny dojdą, że jestem zamieszana w tę sprawę. Wyślę do niego Brada.
- Proszę, przekaż mu to, co powiedziałem tobie – Rzekł Tommy, łapiąc Jane za rękę – Adam znienawidził mnie za to, co się stało. Uważa, że zrobiłem to, by udowodnić moją przewagę, że zechciałem zatrzymać go przy sobie na zawsze. Kocham go i muszę być z nim, nie tutaj, ale w normalnym świecie. Błagam, pomóż mi.
Jane zmarszczyła brwi – Co? Przesłyszałam się, prawda?
- Nie, Jane – Zaprzeczył Ratliff, pochylając się w stronę dziewczyny – Kocham go i zrobię wszystko, by pozwolić mu żyć tak, jak na to zasługuje, nawet jeśli zechce wykluczyć mnie ze swojego życia.
Dziewczyna przechyliła głowę, wpatrując się w błyszczące, brązowe oczy.
- Zrobię co w mojej mocy. Trzymaj się. Nawet jeśli Hummingbirds was zdradzą, możesz liczyć na mnie i przyjaciół Adama. Trudno mi uwierzyć, że zacząłeś stawać się człowiekiem. – Rzekła, łagodnie kręcąc głową.
- Proszę kończyć spotkanie. – Rzekł strażnik, który zbliżył się do ich stanowiska i najwidoczniej nie zamierzał od niego odejść, póki nie zaprowadzi Ratliffa do jego celi.
- Do zobaczenia, skarbie. – Rzekł Tommy, przytulając dziewczynę. Czuł się w jej ramionach niesamowicie obcy, pusty. Pragnął uścisnąć Adama. Zobaczyć jego uśmiechniętą twarz, ucałować miękką skórę i wtulić się w jego ciało, odrzucając cały niepoprawny kodeks, jakim dotąd się kierował.
***
Papieros w dłoni zaczynał przygasać. Jane wracała na piechotę do domu Brada, mając w głowie słowa, które usłyszała tego dnia.
Kocham go i zrobię wszystko, by pozwolić mu żyć tak, jak na to zasługuje.
Tommy? Ten skurwysyn, który podkładał wszystkim wkoło kłody pod nogi, który wpychał ludzi do szpitali i w zaświaty tylko dla ich pieniędzy i swojej satysfakcji miał dziś zrozumieć miłość?
Kocham go.
Ku zdziwieniu Jane, te słowa pomimo że wypowiedziane przez Tommy’ego wcale nie brzmiały niewłaściwie. Było w nich ziarno prawdy. Nie była pewna czy Ratliff właściwie pojmuje definicję miłości, ale jeśli potrafi odczuwać nienawiść, dlaczego miałby nie umieć kochać?
Przyspieszyła kroku, zdając sobie sprawę, że od mieszkania Brada dzieli ją zaledwie kilkaset metrów.
Jeżeli chciałby pozbyć się problemu, po prostu uciekłby, pozostawiając Adama glinom lub Blue Velvet, a skazał się na to więzienie wraz z nim. Poświęcił siebie dla czyjegoś życia. Świadomie uchronił kogoś przed śmiercią. Mógł go pozostawić i zniknąć, tak jak za każdym razem.
Weszła do budynku oraz do windy i wybrała właściwy numer. Chwilę później nacisnęła klamkę i przekroczyła próg mieszkania, zamykając za sobą drzwi. Brad wstał z kanapy, odstawiając na stół szklankę, którą obracał w dłoniach.
- Co z nimi?
- Widziałam się z Tommym – Rzekła Jane, zdejmując buty w drodze do salonu – Jeżeli Hummingbirds rzeczywiście odmówią nam pomocy, to nasze gołąbeczki zostaną skazane na dobrą wolę Pana Cheeksa i Pani Czarnej Wdowy.
- Uprzedzałem, że nie mieszam się do spraw bractwa…
- Nie będziesz próbował ocalić swojego przyjaciela? – Spytała Jane, otwierając lodówkę i wyjmując z niej butelkę soku – Nie będzie łatwo, ale chyba nie zamierzasz się poddać ze względu na swoje postanowienia?
- Jasne, że nie – Odparł Brad – Ja nie potrafię otworzyć zamka za pomocą wsuwki do włosów, sądzisz, że będę potrafił wyciągnąć dwie osoby z więzienia, chronionego na dziesiątki sposobów?
- O to się nie martw. Nie będziesz miał nic wspólnego z brudną robotą – Jane potargała krótkie włosy chłopaka – Musisz odwiedzić Adama i przekazać mu kilka wiadomości.
- Mówiłaś Tommy’emu, że namierzyłaś Nuta?
- Nie chciałam mieszać mu w głowie, poza tym nie mieliśmy dużo czasu – Odparła, siadając w fotelu – Muszę wyciągnąć go z tych parszywych łap, nim zajmę się naszymi chłopakami. Nut to uroczy dzieciak, a każdy dzień wypruwa z niego to, co każdy z nas traci trochę wolniej w jego wieku.
Brad zmarszczył czoło, kiwając pytająco głową.
- Niewinność. – Odparła Jane, opierając łokcie o swoje kolana – Powiedz mi, ale absolutnie szczerze. Co w ostatnim czasie łączyło cię z Adamem?
Arytmia serca znów dała o sobie znać. Brad zaczerpnął głębszego oddechu. – Adam chyba próbował walczyć o swoje szczęście rozumem, ale jak zwykle to bywa serce wygrało w tym nierównym pojedynku. Miałem świadomość, że to co trwa nic nie znaczy. Nic, poza czystą przyjaźnią. Jak to śpiewał Barry, We had the right love at the wrong time. Dziesięć lat temu, może… ale teraz to i tak nie ma znaczenia.
- Powinniśmy odpocząć. – Rzekła Jane, siadając obok Brada – Nic tak nie dodaje sił jak kilka godzin spędzonych pod kołdrą. Nawet na tej paskudnej kanapie.
Bell roześmiał się cicho, spoglądając na brunetkę. Pochylił się, kładąc głowę na jej ramieniu. Objęła go, sięgając po pełną trunku szklankę, stojącą na stole. Wychyliła całość na raz i odstawiła, zamykając oczy. Nie rozumiała dlaczego tak się dzieje, ale przestawała czuć żywą nienawiść względem Tommy’ego. Nie była pewna, czy może mu zaufać, ale mówić fałszywie o miłości potrafią chyba tylko demony.
***
Adam nie potrafił ocenić stanu pogody, ale mury tego dnia były wyjątkowo zimne. Przesiadywał właśnie na stołówce, otoczony grupą dawnych znajomych, którzy nie mieli odwagi zadawać mu pytań. Spoglądali po sobie, decydując we własnej hierarchii,  kto znajdzie się bliżej Lamberta. Brunet zeskrobywał ze swojego talerza zaschnięte, niedomyte resztki jedzenia i wcale nie spodziewał się, że cokolwiek weźmie tego dnia do ust. Podniósł wzrok na Tommy’ego, który wszedł na salę od strony bloku, w którym przebywał. Niepewnym siebie krokiem zajął miejsce na drugim końcu dużego pomieszczenia, skupiając wokół siebie liczne grono tamtejszych przyjaciół. W bloku dla najtrudniejszych przypadków ludzie nie zawierali żadnych znajomości, jednak Ratliff był szanowany w całym więzieniu choćby za zdolność do omijania prawnych kodeksów i niesamowitą emocjonalną stabilność, której każdy mógł mu pozazdrościć. Teraz siedział nieruchomo, wpatrując się w przeciwległy kąt przestronnej sali. Z tej odległości nie mógł dostrzec barwy oczu, którą tak dobrze znał. Czuł, jakby wszystkie mechaniczne części jego ciała stawały się momentalnie ludzkie. Serce zaczęło szybciej bić, tętnice mocniej pulsować, a drażniące dreszcze sponiewierały żołądkiem, przenosząc jego treść aż do przełyku. Zmysł wzroku drażnił niespełnione zmysły dotyku. Widok lśniących, czarnych włosów przenosił się na aksamitne poczucie pod opuszkami palców, zaciśnięte nerwowo wargi smakowały w ten sam, szczególny sposób. Zaczynał odczuwać Adama wszystkimi zmysłami swojej tęsknoty.
Miał wrażenie, że jego serce wypełniają setki barwnych motyli, które rozpychają mięśnie i doprowadzą do ich pęknięcia. Dały mu o tym znać ucisk w gardle i oczy, które zaczynały się szklić. Kochał go i nie potrafił wmówić sobie, że jest inaczej. Nawet jeśli to uczucie miałoby stać się jego przekleństwem i doprowadzić go na skraj przepaści, nie potrafiłby odejść.
Wiedział, że nie może, wiedział jak bardzo zakazanym czynem byłoby teraz zbliżenie się do Adama, ale czuł w sobie siłę, która musiała przezwyciężyć strach. Wstał, koncentrując na sobie uwagę wszystkich więźniów i powolnym, lecz zdecydowanym krokiem wstąpił na środek korytarza, kierując się w stronę Lamberta. Jeszcze nigdy wcześniej nie był na tyle zdeterminowany, by zepchnąć na bok swój honor i robić to, co każe mu serce. Czuł na sobie pełen zaciekawienia wzrok Adama, który pozostał w bezruchu.
- Lepiej cofnij się do swoich – Rzekł jeden z mężczyzn, stając na drodze Ratliffowi. Gdyby tylko mógł użyłby swojej pięści, ale wiedział, jaką zapłaci za to cenę. Pchnął mężczyznę ramieniem i tuż po chwili salę wypełnił wysoki ton metalowego szczęku zadzierającego terakotę. Kilka stołów odsunęło się, a grupa więźniów natarła na chłopaka, rzucając go na ziemię.
- Nie, stop! – Krzyknął Adam, przepychając się przez tłum. Tuż po chwili wrogie sobie grupy siłowały się na samym środku jadłodajni, natomiast Lambert pochylił się nad Tommym, okrywając go swoim ciałem przed serią kolejnych ciosów.
- Tommy! – zawołał, poklepując jego twarz – Jezu, Tommy – Zaskomlał, wsuwając dłoń pod jego głowę. Poczuł ciepłą, gęstą ciecz i w duchu modlił się, by nie miała czerwonej barwy. – Słyszysz mnie? Odezwij się, błagam – Powtarzał jak w amoku, próbując przywołać chłopaka do przytomności. Czuł pod palcami jego aksamitne, jasne włosy tonące w niedużej kałuży świeżej krwi.
Do akcji wkroczyła straż, a także policja, jednak nikt nie dostrzegł leżącej na ziemi pary. Adam pochylił się, niepostrzeżenie składając na ciepłych ustach krótki pocałunek. Kilka sekund później mętne oczy łagodnie się otworzyły i zwróciły wzrok ku drzwiom.
- Strażnicy z twojego bloku są tutaj…wszyscy wartownicy…uciekaj, Adam, na wieży nikogo nie ma, widziałem…
- Przestań bredzić – Odparł Lambert, kładąc dłonie pod głowę Tommy’ego.
- Ja cię w to wszystko wpakowałem, zjeżdżaj mi z oczu… - Wymamrotał, zaciskając powieki.
- Co mu? – Spytał strażnik, wskazując na Ratliffa.
- Potrzebuje pomocy. Wezwijcie karetkę – Odparł Adam. Został pchnięty przez strażnika, który zaraz złapał Tommy’ego za krawędź koszuli i próbował go podnieść.
- On potrzebuje pomocy. – Wycedził Adam, zbliżając się do blondyna.
- Teraz twoje słowo straciło swoją moc. – Mruknął strażnik, zadając kolejny cios Tommy’emu, który zawył z bólu i zgiął się wpół. Lambert złapał mężczyznę za kark i siłą prowadził w stronę wyjścia. Zignorował policjantów, którzy bacznie go obserwowali. Wpatrywali się w Lamberta; były to cztery osoby, z którymi pracował przez kilka ładnych lat.
- Zabiję cię, skurwysynie!
- Milcz – Warknął Lambert.
- Lepiej go zostaw, możesz mieć problemy – Rzekła niska, czarnoskóra kobieta, zbliżając się do Adama.
- W tej służbie nie ma miejsca dla takich jak on. Zajmijcie się tym gówniarzem – Rzekł, puszczając chłopaka. Cofnął się na kilka kroków i dopiero po chwili spojrzał za siebie. Tommy był już odprowadzany w stronę sanitariuszy. Lambert stał w centrum zgiełku, zastanawiając się, czemu służyć miał ten wielki marsz wbrew niepisanym regułom. Idei? Nic innego nie przychodziło mu na myśl.