piątek, 16 sierpnia 2013

Odc. 31: Szczerość nie popłaca



GlamtasticGirl: Zniosłam obrazki weryfikacyjne. Nawet nie wiedziałam, że mam je włączone:)

Masa hugów dla Was! <3 Dziękuję za obecność i komentarze! Przechodzimy szybko do 
odcinka, żeby wieczór nie przesunął się na dwudziestą trzecią :)

31. Szczerość nie popłaca
Jane spędzała noc w hotelu. Miała czas na uporządkowanie niektórych spraw. Telefon wciąż milczał. Od dłuższego czasu rozmyślała na temat Adama. Zastanawiała się jak tak czysta osoba może żyć pośród zupełnego chaosu i spustoszenia. Od pierwszego spotkania zauważyła, że jest inny; wyjęty z ciepłego domu, kochający ojciec, nie bezwzględny morderca. W Hummingbirds nikt nawet nie próbował stwarzać pozorów. Na każdej twarzy malowała się pustka.
Usiadła na krawędzi łóżka, przeglądając opublikowane artykuły dotyczące psychopatii.
Nieszablonowy ciąg przyczynowo-skutkowy. Teoria Cleckley’a skupia się na przedstawieniu wewnętrznego świata pacjenta, jako świata nieistniejącego. Pacjent nie odczuwa stanów emocjonalnych i uczuciowych. Jest upośledzony w zdolność do miłości, empatii i współczucia.
- Adam, wpakowałeś się w niezłe gówno – Wyszeptała pod nosem.
Przykład testu, sprawdzającego tok myślenia psychopatycznego.
Dziewczyna na pogrzebie swojej matki dostrzega obcego jej mężczyznę. Widzi w nim miłość swojego życia. Kilka dni później dziewczyna zabija swoją siostrę. Jaki jest powód? Liczy, że ponownie zobaczy mężczyznę, widzianego na pogrzebie jej matki.
- Jasna cholera – Wyszeptała pod nosem – To dlatego wepchnąłeś Almę do szpitala. Ułatwiłeś sobie drogę, wykluczając możliwość poznania i zawarcia jakiejkolwiek relacji.
***
San Diego było teraz najbardziej niebezpiecznym miastem w perspektywie Hummingbirds, a zwłaszcza dla Adama i Tommy’ego. Jednemu z nich nie przeszkadzał ten fakt. Dotarł na przedmieścia przed dziewiątą wieczorem.
Na podwórzu dawnego mieszkania Adama nie stała tablica, której mógłby się spodziewać. Dom nie został wystawiony na aukcję.
To pewnie zasługa Krisa. W końcu mam powód, by być mu wdzięcznym.
Blondyn ostrożnie włamał się do domu, po czym zamknął za sobą drzwi. Użył jedynie latarki do poruszania się po pomieszczeniach; nie chciał wzbudzać podejrzeń wśród sąsiadów. Nic się nie zmieniło. Wszystko było na swoim miejscu, poza niektórymi próbkami, pobranymi do analizy.
Tommy przekroczył próg sypialni, a biały amstaff podążył jego śladem. W pomieszczeniu unosiło się ciężkie, nieświeże i nagrzane powietrze. Zapach pustki. Otworzył szafę, w której znajdywało się wiele zarówno kobiecych jak i męskich ubrań. Wyciągnął kilka wieszaków i rzucił je na łóżko. Wziął głęboki oddech, czując jak pył i wzniecony kurz wypełniają jego płuca. Okno pokryły sieci pajęczyn oraz smugi po nielicznych deszczowych wieczorach. Poczucie samotności i izolacji wywołało nieprzyjemny, zimny dreszcz na skórze chłopaka. Rzucił się na łóżko, zatapiając twarz w licznych materiałach, które kiedyś nosił Adam. Z pewnością wiele z tych koszul miał na sobie podczas przesłuchań, podczas tych tygodni, które rozbudzały w nim niewłaściwe uczucia.
Zapach zwietrzałych perfum zadziałał kojąco na zmęczony umysł. Chłopak wspominał każdy z wieczorów, spędzonych obok Adama. Miał świadomość, że ta historia nie skończy się pomyślnie.
***
- Hej! Zapomniałeś o owocach! – Zawołał Brad, sięgając po miskę pełną winogron, ananasów i brzoskwiń. Wszedł na taras, gdzie ujrzał Adama odwróconego do niego plecami. Wpatrywał się w panoramę miasta.
Gdzie jesteś, Tommy? Zniknąłeś jak zły sen, czy jak sen, który ma się nigdy nie skończyć? Jedyną radą, jaką dają mi ludzie, jest zapomnieć o tobie. Powinienem pójść ich tropem? A jeśli się mylą? Mylą się na pewno. Jesteś jak wystraszone zwierzę, którego nikt nie oswoił. To naturalne, że twoją obroną jest atak. Chciałem od ciebie odpocząć, a przytłacza mnie poczucie winy, że zostawiłem cię samemu sobie. Ale nie oszukujmy się, Tommy. Dla ciebie samotność to jedyna definicja szczęścia.
- Co? – Adam odwrócił głowę – Ach tak. Nie zauważyłem ich – Odparł, przejmując miskę z rąk przyjaciela i ustawiając ją na środku niedużego stołu.
- Z utęsknieniem czekam na deszcz. Powietrze jest dziś wyjątkowo suche – Rzekł Bell, siadając w wiklinowym fotelu – Zajmij miejsce. Przyszedł czas na odpoczynek.
Adam uśmiechnął się pod nosem, po czym zwrócił się w stronę drugiego fotela. Odetchnął, przymrużając oczy.
A jeśli nie dam sobie rady z zadaniem? Czy wtedy nasze drogi się rozejdą? Czy będę martwy? Nie będzie nikogo, kto zechce mnie chronić. Dla ciebie nie liczy się nikt, poza samym tobą. Słuszna metoda. Bezpieczna. Idealna, dopóki sam nie jesteś w moim położeniu. Ale co ty możesz wiedzieć o uczuciach…
Delikatne palce musnęły dłoń Adama, który chwilowo oderwał się od przemyśleń. Zawiesił wzrok na rzemyku, oplecionym wokół nadgarstka szatyna. Zapadła długa, pełna ukojenia cisza, którą przerwała muzyka, rozbrzmiewająca w sąsiednim mieszkaniu. Znali tę melodię.

Baby we both know
That the nights were mainly made
For saying things that you can't say tomorrow day

Spojrzeli po sobie, wymieniając nikłe uśmiechy.

I don't know if you
Feel the same as I do
But we could be together
If you wanted to

- Myślisz, że każda miłość oznacza to samo? – Spytał Lambert, sięgając palcami ku bransoletce Brada – Dla mnie miłość to pasmo niepowodzeń zamkniętych w ucieczkę donikąd. Co czułeś?
Bell łagodnie przechylił głowę, pytając szeptem – Kiedy?
Adam na moment zacisnął wargi – Wtedy, gdy zakochałeś się we mnie.
Brad uśmiechnął się ciepło, pozwalając przyjacielowi na zabawę rzemykiem – Wiedziałem, że nie jesteśmy sobie pisani, ale byłem szczęśliwy. Widziałem cię każdego dnia. Miałem w tobie najwierniejszego przyjaciela, który spędzał ze mną każdą wolną chwilę. Zawsze miałeś w sobie tak wiele ciepła, radości… - Przerwał, pozwalając sobie na zaczerpnięcie głębszego oddechu – Pamiętasz moment, w którym nasze drogi się rozeszły?
Adam powoli pokiwał głową – Myśleliśmy, że zbyt wiele się zmieniło.
- Z kruchego chłopaka stałeś się twardym gliną, przenikającym do umysłu psychopatów. Związałeś się z Almą. Dla mnie miejsca nie było, więc uciekłem. Stworzyłem wokół siebie własny świat, w którym ciebie już nie było.
Adam poczuł bolesny ucisk w klatce piersiowej na dźwięk tych słów - Dlaczego do tego doszło?
- Zrobiłem to dla naszego dobra. Straciliśmy kontakt, nasze zdania zaczęły się diametralnie różnić. Nawet nie wiesz jak szczęśliwy byłem w dniu, gdy ponownie cię zobaczyłem. Pomyliłem się – Wycedził, łagodnie przeplatając swoje palce z palcami Adama.
- Nigdy nie kochałem Almy. Nigdy jej nawet o tym nie powiedziałem. Zginęła ze świadomością, że przez całe życie była sama. Nie dałem jej niczego, a teraz sam wymagam zbyt wiele – Rzekł, zwracając wzrok ku Bradowi. Zapadła między nimi cisza, której nic nie było w stanie zmącić.
- Mam przy sobie książkę – Rzekł Adam – Znalazłem ją w biblioteczce domu, do którego przypadkiem trafiliśmy. Krótka, niebanalna historia nieszczęśliwej miłości. Czytałem ją wielokrotnie, doszukując się za każdym razem innego przekazu. Wiesz, jakimi zdaniami się kończyła?
Brad z zaciekawieniem uniósł wzrok.
- Dla dobra ich wszystkich miał zamiar poczekać. Błąkając się wśród żywych, czekając na cud – Zacytował, nie spuszczając wzroku z wyrazistych oczu Brada.
- Który z nas teraz czeka? – Wycedził Bell. Byli na tyle blisko, że łączyły ich nie tylko dłonie, ale także ramiona. Speszone zaistniałą sytuacją spojrzenia, spotykały się co kilka chwil. Magnetyzująca siła wisząca w powietrzu nie zwiastowała niczego dobrego.
- Ty mi odpowiedz, Cheeks… - Odparł szeptem Adam, czując na swoich wargach ciepły oddech.
Powietrze wibrowało od łagodnej, lecz napiętej atmosfery, która wytworzyła się między ich dwojgiem. Wargi dzieliło zaledwie kilka milimetrów, lecz żaden z nich nie mógł przełamać niewidocznej bariery.
- Oboje żyjemy zawieszeni między tym, czego chcemy a czego oczekujemy. Powiedz szczerze, jak często myślałeś o tym, że oddałbyś wszystko za smak życia, które wiodłeś wcześniej? – Wyszeptał szatyn, wciąż czując na swoim nadgarstku dłoń Adama. Drżała.
Brunet przypadkiem musnął nosem policzek chłopaka. Czuł naturalny zapach jego skóry – Myślę o tym na tyle często, że nie mogę się skoncentrować na teraźniejszości.
- Kieruj się sercem, Adam. Ono wskaże ci właściwą drogę… - Odparł Brad, opuszczając powieki, co pozwoliło mu wycofać się ze zbyt bliskiego kontaktu. Czuł, że krew w jego żyłach wrze, roztapiając pojedyncze tkanki ciała. Mimo upływu czasu nadal pragnął zasmakować tych ust. Nie byliśmy sobie pisani. Nadal nie jesteśmy i nie próbujmy sobie wmówić, że jest inaczej.
- Nie – Rzekł Adam, gdy Brad próbował cofnąć rękę – Czuję się bezpieczniej, gdy jesteś obok.
Szatyn uśmiechnął się ciepło, spoglądając w niebieskie tęczówki – Pytałeś mnie rano o Hummingbirds. Chciałeś dowiedzieć się, w jaki sposób tam trafiłem. Nadal zainteresowany?
- Jak najbardziej – Odparł Adam czując suchość w gardle. Natychmiast sięgnął po szklankę chłodnej wody.
- Nie będę męczył cię wchodzeniem w szczegóły. Przespałem się z niewłaściwym facetem. Byłem świadkiem niefortunnego wydarzenia.
- Czy tym gościem był Samuel?
Brad znacząco pokiwał głową – Tak. Jakiś dzieciak spieprzył swoje zdanie i źle skończył. Nie wiem, o co poszło, widziałem jedynie, jak sprzątali. Zgodziłem się milczeć i jednocześnie zostałem kochankiem Samuela.
- Och – Westchnął Adam – Ja też trafiłem tu przypadkiem. Chyba popełniłem twój błąd.
- Zostając kochankiem czy wybierając przygodny seks?
Lambert sięgnął po jeden z soczystych owoców – Myślę, że za jedno i drugie płacę jedną cenę. Tylko raz dałem się ponieść emocjom i oboje widzimy dokąd to doprowadziło.
Brad z uśmiechem pokręcił głową, podsuwając Adamowi drinka – Moglibyśmy stworzyć serię moralizatorskich programów dla pobudliwych nastolatków.
- Święta prawda, Cheeks.
- Przed zrządzeniami losu nie ma ucieczki – Uśmiechnął się Brad, wznosząc toast – Za skrzydlatą przyszłość.
Adam uniósł swój kieliszek, uśmiechając się pod nosem – Nie czujesz się trochę… samotnie?
- Mieszkanie nie jest na tyle duże, bym czuł, że tutaj znikam – Uśmiechnął się Brad – Moim lekarstwem jest włączone radio. Zdecydowanie wypełnia pustkę.
Nawet nie wiesz, jak bardzo ci zazdroszczę.
- Pojedziesz jutro ze mną na spotkanie?
Brad wzruszył ramionami – Chciałbym, ale lepiej, jeśli nie będziemy się razem pokazywać. Samuelowi i Tommy’emu mogłoby się to nie spodobać.
Adam pokiwał głową i przeniósł wzrok na rozświetlone neonami miasto. Zmrużył powieki, rozkoszując się jedną z ostatnich chwil spokoju.
***
Tego dnia napięcie z każdą kolejną chwilą rosło. Zniknął na całe dwa dni. Czy będzie musiał się z tego tłumaczyć? A z resztą… czy Tommy tłumaczył się chociaż raz?
Adam szedł przed siebie w stronę znanego mu miejsca. Ułożył dłoń na kaburze, co pomogło mu wzmocnić poczucie bezpieczeństwa. Wziął głęboki oddech obawiając się zebrania.
- Adam! – Usłyszał za plecami swoje imię i momentalnie się odwrócił – Dzięki Bogu! Gdzie ty się podziewałeś?
Jane zwolniła kroku, biorąc głęboki oddech. Pokręciła w zdumieniu głową – Jasna cholera, już myślałam, że źle skończyłeś. Jeszcze doba, a uruchomiłabym wszystkie możliwe kontakty.
- Nie było tak źle – Adam wzruszył ramionami – Potrzebowałem ucieczki.
- Kręciłeś się sam? – Zmrużyła oczy – Czy ty zdajesz sobie sprawę z niebezpieczeństwa?
Lambert położył dłoń na jej ramieniu – Spokojnie, byłem u znajomego. Jak wygląda sytuacja?
- Ratliff jest w środku – Powiedziała półgłosem, zawieszając dłonie na biodrach – Trzymasz się?
- Nie mam wyboru… - Odparł cicho Lambert, zmierzając w kierunku  opuszczonego magazynu.
- Tommy miał cię szkolić.
- Nie potrzebuję jego pomocy – Rzekł Adam – Wystarczyłoby kilka ciepłych słów, ale jak na niego to zbyt wiele.
Pomieszczenie zgromadziło blisko dwadzieścia osób. Wszyscy zwrócili wzrok w stronę nowo przybyłych. Brunet natychmiast odnalazł wzrokiem tę osobę, za którą tęsknił najmocniej, lecz teraz nie mógł tego okazać.
- Podejmuję się zadania. Chcę poznać szczegóły.
Samuel wystąpił z grupy, zostawiając resztę w cieniu – Słuszna decyzja.
- To się okaże.
Mężczyzna podszedł do bruneta, podając mu plik dokumentów – To twoja nowa tożsamość. Justin Harrison. Lekarz psychiatra związany z policją stanu Kalifornia, pięcioletnia edukacja, siedmioletnia praktyka zawodowa. Nasz chłopak ma pseudonim Ryan, tyle ci wystarczy. Musisz opracować plan strategii i ucieczki. Plan przewiduje od czterech do sześciu sesji w ciągu tygodnia. Każdy z pacjentów dostaje dzienną dawkę farmakologiczną. Plan budynku, spis medykamentów i wszystkie dane osobowe znajdziesz w teczce. Radzę poświęcić tę noc na szczegółowe zbadanie twojego profilu.
Adam przejął do rąk bogatą zawartość, zamkniętą w dwóch tekturowych kawałkach. Więc moje obecne życie można spisać na stu kartkach? – To wszystko? – Spytał, podnosząc wzrok.
- Co tydzień powinieneś zmieniać miejsce zamieszkania. Zadbamy o dogodne lokalizacje, poruszać będziesz się pieszo. Od tego momentu każdy błąd będzie cię sporo kosztował. Jeśli będziesz miał pytania, kieruj je do Tommy’ego. On jest teraz twoim opiekunem.
Jane rozłożyła ręce – To wszystko? Chyba zapomnieliście o najważniejszym punkcie tego programu.
Tommy nerwowo zacisnął pięści Milcz, błagam…
- Ratliff? – Spytała, przechylając głowę – Samuel, Nick? Czy ktoś do cholery powie, w czym tkwi haczyk?
Adam westchnął pod nosem – Nie ma żadnej pułapki, nie denerwuj się.
- Ty naprawdę o niczym nie wiesz? – Jane spojrzała w niebieskie, pełne spokoju oczy – Komu starczy odwagi? Może winowajcy całej tej sprawy? Tommy Joe, powiedz tylko kilka słów. Przyznaj się, jakim sukinsynem jesteś.
Blondyn milczał, wpatrując się leniwym wzrokiem w dziewczynę. Czuł drżenie swoich rąk i ucisk w klatce piersiowej.
Dziewczyna wzięła głęboki oddech. Zwróciła wzrok w kierunku bruneta.
- Oni wiedzą. Każdy z nich.
- Ale… - Adam zmarszczył czoło – O czym ty mówisz?
- Alma żyje i jest pacjentką tego szpitala. Zostanie nią na zawsze.
Spomiędzy warg Adama wydobył się stłumiony jęk. Oparł dłoń o ścianę, mając wrażenie, że traci czucie w nogach.
- Alma? – Wycedził spomiędzy rozchylonych warg. Wpatrywał się kolejno w każdą z osób, oczekując na wyjaśnienia – Tommy, to prawda? Masz z tym coś wspólnego? Jane, to kłamstwo. To nie jest możliwe, Alma zaginęła.
Ratliff zacisnął wargi – Przykro mi, ale Jane mówi prawdę.
Lambert przez chwilę zamarł w bezruchu. W końcu ruszył powoli w kierunku blondyna – Wiedziałeś o tym… wiedziałeś o tym od początku i ukrywałeś to? Moje życie przez cały ten czas było zamknięte jedną parą kluczy? Na miłość boską, Tommy…
Blondyn cofnął się na krok – To dla twojego dobra. Dla naszego.
Adam wydał z siebie dźwięk będący połączeniem śmiechu i przerażenia – To dar? Mam być ci wdzięczny za to, że wprowadzasz mnie w świat kryminalistów? Spieprzyłeś moje życie, spieprzyłeś wszystko, kierując się pieprzonym egoizmem! Zniszczyłeś kolejną niewinność, kolejną kobietę. Moją kobietę! – Wykrzyczał, mierząc w blondyna palcem – Zaufałem ci. Wszyscy dookoła nazywali cię psycholem, którego trzeba zamknąć w pokoju bez klamek. Inni z chęcią posadziliby cię na krześle, aż zamieniłbyś się w garść popiołu. Wiesz co im odpowiadałem? Że grasz – Roześmiał się nerwowo -  Że jesteś cholernie dobrym aktorem, a w twoim sercu kłębią się ludzkie uczucia. Miałem plan, miałem cholernie dobry plan, by bronić cię aż do procesu. Myliłem się. Jesteś bezdusznym potworem, który karmi się ludzkim cierpieniem. Wiesz co o tobie mówili? Że w twoim otoczeniu może żyć jedynie robactwo, które zgromadzi się wokół włączonej żarówki.
- Powinniśmy porozmawiać – Odpowiedział Tommy, wskazując na parę drzwi.
- My? – Adam uniósł brwi – Od teraz myśl w kategoriach „ja”.  Kiedy sprawa Ryana zostanie zamknięta, odcinam się od ciebie, a oni wszyscy są mi świadkiem – Rzekł, mierząc wzrokiem resztę Hummingbirds – Dawałem ci szansę, której nie wykorzystałeś. Zawiodłeś mnie, Tommy. Zawiodła mnie jedyna osoba, której kiedykolwiek powierzyłem całe swoje życie – Odparł, cofając się w stronę wyjścia. Zmierzył wzrokiem Samuela, dając mu sygnał, że wszystko jest w porządku. Nie odwracając się za siebie opuścił miejsce spotkania. Jego skóra była rozpalona do czerwoności. Oddalił się na bezpieczną odległość i usiadł na krawężniku pobocznej drogi. Tłumił w sobie cały żal, nie pozwalając sobie na uronienie choćby jednej łzy. Ułożył dłonie na ramionach, skrywając głowę między kolanami.

__________________________________________________________________________

Cytat „Dla dobra ich wszystkich miał zamiar poczekać. Błąkając się wśród żywych, czekając na cud” pochodzi z opowiadania „Purple Cloud” autorstwa Rogogon :) Dziękuję za zgodę na zamieszczenie! <3

piątek, 9 sierpnia 2013

Odc. 30: Moja była miłość




Hej! Przyszedł długo wyczekiwany piątek :)
Ostatnio zaglądam na pocztę, pojawił się nowy komentarz odnośnie Piaskowego. Pierwszy raz wpadła reklama bloga erotycznego. Tak, można mówić, że nawet każde Adommy jest erotyczne. Ale autorka bloga opisuje swoje przeżycia w pierwszej osobie i nie ma to żadnego związku z fanfiction. 
Pamiętajcie, jeśli ma powstać erotyk, to ma to być erotyk wart milion dolarów! Bez biologicznych terminów, dotyczących części ciała.

Till: Dziękuję za obowiązkowego huga! A bransoletka bardzo Cheeksowi pasuje ^^
GlamnasticGirl: Sprawa Almy wyklaruje się prędzej, niż możesz się spodziewać :)

Dziękuję za każdy z komentarzy! Jesteście wielkie <3

30. Moja była miłość

Tommy wrzucił do torby kilka przedmiotów. Wśród nich znalazły się butelka wody, tabletki przeciwbólowe i dwa pistolety, które nosił przy sobie najczęściej. Wziął głęboki oddech i przyłożył dłonie do głowy. Pulsowanie nasilało się z każdym kolejnym kwadransem.
- Jane! – Zawołał, krzywdząc swoje uszy – Pozwól na moment.
Brunetka tuż po chwili przekroczyła próg pokoju – Czego chcesz?
- Spotkanie. Ty prowadzisz – Rzekł, rzucając w jej stronę kluczyki do forda. Sam złapał torbę i ruszył w stronę wyjścia.
- Myślałam, że migreny nie dopadają takich dupków jak ty, Tommy.
- Zamknij się – Warknął blondyn, zostawiając dziewczynę za sobą. Po chwili ruszyli w podróż do miasta oddalonego pięćdziesiąt kilometrów od okolic San Diego.
***
Adam zbudził się ze snu około godziny jedenastej trzydzieści. Kiedy spojrzał na zegarek, był zaskoczony. Na przestrzeni ostatnich tygodni musiał być na nogach już od szóstej, nawet jeśli nie miał żadnych obowiązków.
W całym domu panowała absolutna cisza. Adam zsunął stopy na miękki dywan. Mimowolnie uśmiechnął się do samego siebie. Promienie południowego słońca zadziałały na niego niezwykle kojąco. Wstał, nie dbając o to, że jest całkowicie nagi. Opuścił poprzedni dom jedynie w tym, co miał na sobie.
Przesunął dłonią po swoim brzuchu, pieszcząc w ten sposób wrażliwą na dotyk skórę. Rozejrzał się dookoła, aż odnalazł szlafrok, niemal identyczny jak ten należący do Brada.  Nałożył go na siebie i niedbale zawiązał pasek. Delikatnie nacisnął klamkę i zwabiony słodkim zapachem, ruszył powoli w stronę kuchni.
Zatrzymał się przy ścianie i oparł skroń o framugę. Szatyn nalewał właśnie porcję ciasta na patelnię, dbając o idealnie okrągły kształt powstającego naleśnika. Jego ruchy były energiczne, ale dokładne.
- Adam! – Zawołał Brad, natychmiastowo się odwracając – Rany, ale mnie przestraszyłeś. Siadaj, właśnie przygotowuję śniadanie. Powiedz mi, jak spałeś? Goście bardzo narzekają na tamten pokój, ale według mnie jest absolutnie bajeczny.
Brunet uśmiechnął się łagodnie, zmierzając w stronę stołu.
- Masz rację. Jest bajeczny.
Bell roześmiał się ciepło, wyjmując z szafki kilka słodkich syropów – Pokój jest mocno nasłoneczniony. Pozytywna energia jest bardzo ważna. Samuel twierdzi tak samo, choć zaraz narzeka, że po południu jest tam za gorąco.
- Samuel? – Adam zmarszczył brwi.
- Wasz lider. Nie znałeś jego imienia?
- Sypiasz z nim? – Brunet poczuł, jak bicie jego serca stopniowo przyspieszyło – To znaczy… - Zawahał się – Miałem na myśli czy sypia u ciebie.
- To skomplikowane – Skwitował Brad – Nasza relacja jest bardzo zawiła.
Brunet odetchnął na myśl, że przecież nie wydarzyło się nic, co mogłoby zaważyć na jego życiu. Przysunął do siebie pusty talerz – Smacznego.
- Adam? – Brad oparł dłonie o stół – Czy to coś zmienia?
- Nie, absolutnie nie. Wszystko gra. Po prostu wystraszyłem się, że zajmuję terytorium innego faceta.
Szatyn machnął ręką – To mój dom. Poza tym fizycznie i emocjonalnie nic nas nie łączy. Nie musisz się o nic martwić, nie będzie z tego problemów.
- Brad, wiem, że to nie zabrzmi właściwie, ale co tutaj robisz? Nie masz udziału w Hummingbirds, nie mieszasz się do ich spraw, pewnie nawet nie wiesz, czym się zajmują – Lambert oparł łokcie o stół i śledził ruchy przyjaciela – Jak się tam znalazłeś? Tolerują cię, jesteś wśród nich, to nie brzmi zbyt bezpieczne.
Chłopak wzruszył ramionami – Wiesz co… Porozmawiamy o tym wieczorem przy winie. Pod wpływem alkoholu będziesz łagodniej mnie oceniał – Rzekł, uśmiechając się pod nosem.
Adam odłożył widelec na stół, po czym podniósł wzrok na przyjaciela – Miałeś kiedyś ochotę przespać się z kobietą?
Uśmiech momentalnie spłynął z twarzy Brada, zamiast niego pojawiło się zaciekawienie. Chłopak przechylił głowę – Przez twoją głowę przewija się ponad sto myśli na sekundę. Skąd to pytanie?
Adam wzruszył ramionami – Czysta ciekawość.
Szatyn uśmiechnął się niepewnie – Nie, raczej nie miałem takich myśli i potrzeb.
Lambert wziął głęboki oddech – Muszę ci się do czegoś przyznać. Nie będziesz zadowolony.
- No słucham – Brad zajął miejsce naprzeciw Adama. Przysunął do siebie jedną ze świeżo zaparzonych herbat.
- Zakochałem się w facecie.
Bell szeroko otworzył usta – Chrzanisz! Adam, dlaczego miałbym nie być zadowolony? Ale o tym zaraz, najpierw powiedz mi kim jest ten szczęściarz i czy dobrze się wam układa – Rzekł entuzjastycznie, pochylając się w stronę Lamberta.
Brunet patrzył wprost w szeroko otwarte oczy Brada. Przygotowywał się na to, że zaraz zobaczy w nich przerażenie i zawód.
-  To Tommy.
Uśmiech z twarzy Brada spłynął jeszcze szybciej, niż mógłby się spodziewać. Chłopak po chwili przyłożył dłoń do ust, by obrysować ich kształt warg palcami. Pokręcił w zamyśleniu głową.
- Mam nadzieję, że nie Tommy Joe?
- Dokładnie ten sam.
- Adam – Westchnął Brad – Ty nie wiesz, w co się pakujesz. On ma w sobie tak wiele nienawiści… Jest przeładowany negatywnymi emocjami. Iskra wywołuje eksplozję. Czułeś się kiedyś w ten sposób?
Adam przecząco pokręcił głową – Chyba nie – Rzekł, po czym zamyślił się.
- Nie wiem, czy warto szukać współczucia. Nie wiem, na ile dobrze mu z obecnym stanem rzeczy. Tommy nigdy nie miał przyjaciół, nie zawierał trwałych relacji. Być może to spowodowało ten brak zaufania. Właściwie to brak choćby właściwego podejścia do innych ludzi – Szatyn potarł swoje ramiona – To musi być przykre, otaczać się samotnością, żywić własnego wroga. Poczucie pustki bywa niewyobrażalnie trudne. Myślę, że nawet Tommy może sobie z tym nie radzić. Obserwuję go z boku i szczerze powiem, że bałbym się spędzić u jego boku choćby jeden dzień sam na sam.
- Ja żyję z nim od trzech, może czterech miesięcy – Adam spuścił wzrok – Jane, moja przyjaciółka twierdzi, że wybrałem niewłaściwą osobę. Ty twierdzisz to samo. Każdy w Hummingbirds przyzna wam rację. Mam świadomość, że nic dla niego nie znaczę, ale nie potrafię tego zmienić.
Brad wyciągnął obie ręce w stronę Lamberta – Po prostu się o ciebie martwię. Wybacz, że przy pierwszym naszym spotkaniu źle o nim mówiłem. Nie wiedziałem, że jest dla ciebie ważny.
Adam ułożył dłonie na dłoniach chłopaka – Kochałeś kiedyś człowieka, z którym nie miałeś cienia szansy na związek?
Brad uśmiechnął się ciepło i cofnął ręce. Po chwili uniósł wzrok, patrząc w niebieskie oczy.
- Była taka sytuacja.
- Dawno? – Adam wziął łyk gorącego napoju – Co stało na przeszkodzie?
- Bardzo dawno – Brad wstał od stołu, by powrócić do przygotowywania śniadania – Bałem się wyznać swoich uczuć. Poza tym on interesował się dziewczynami.
- Jakiś nasz kumpel z San Diego? – Spytał Adam, rozglądając się za łyżeczką do cukru – Dwie?
- Dziękuję, nie słodzę. Nie, to nie nasz kumpel. Mój przyjaciel.
Adam zatrzymał rękę w połowie drogi między cukiernicą a swoją herbatą. Zmarszczył czoło.
- Przecież ty nikogo nie nazywałeś przyjacielem, a znam cię od dziecka.
Brad uśmiechnął się ciepło, odkładając talerz na blat. Oparł się plecami o szafkę zawieszoną na ścianie. Ręce skrzyżował na piersi i wzruszył ramionami.
- Podkochiwałem się w tobie, Adam.
Lambert poczuł paraliżujący, elektryczny impuls, który uderzył do jego głowy, powodując utratę kontroli nad ciałem. Łyżka upadła na stół, wywołując wysoki dźwięk.
- Dlaczego nigdy mi o tym nie powiedziałeś? – Lambert pretensjonalnie przechylił głowę i zwrócił się przodem w stronę Brada.
Chłopak jedynie wzruszył ramionami – Bałem się, że to zniszczy naszą przyjaźń. Znaczyłeś dla mnie wiele. Byliśmy tylko dzieciakami, każdy ruch był ostrożny, bo mieliśmy wiele do stracenia. Byłeś po prostu… - Roześmiał się ciepło – Byłeś dla mnie idealny, Adam. Nasza więź nie była zwyczajna. Który chłopak, interesujący się dziewczynami, chciałby przytulać swojego kumpla? Który spałby z nim w jednym łóżku, poświęcałby mu cały swój wolny czas? Który trzymałby go za rękę, gdy przychodził czas trudnych zwierzeń?
- Cheeks…
- Ty pierwszy zacząłeś tak do mnie mówić.
- Jezu, Brad – Adam jeszcze szerzej otworzył oczy – Jak długo to trwało? W którym momencie to wszystko się zaczęło?
- Na jakieś dwa lata przed tym, jak zwierzyłem ci się ze swojego pierwszego razu. Byłeś tym chłopakiem, przez którego zrozumiałem, kim tak naprawdę jestem.
- Ale… - Lambert wpatrywał się w Brada – Ja nie miałem nic, co mogłoby cię przyciągnąć. Jąkałem się, byłem cholernie nieatrakcyjny, popatrz, James to naturalny blondyn, zawsze był szczupły, miał…
- Dla mnie zawsze byłeś idealny – Bell przerwał i wzruszył ramionami – Chcę, byś dobrze ułożył sobie życie. Boję się, że Tommy zniszczy całe drzemiące w tobie piękno. Jedz, nim wystygnie.
Lambert pogrążył się w myślach, mając w głowie scenariusz dalszej rozmowy. Najwyraźniej Brad chciał już zakończyć ten temat. Ciekawe czemu?
Adam przez kilka kolejnych chwil wpatrywał się w przyjaciela – Rozmawiałem o tobie z Jane. Mówiłem jej o mojej młodości. Próbowała doszukać się korzeni moich pragnień. Miałem wiele niewłaściwych myśli, dotyczących ciebie, ale wypierałem się ich.
Brad odwrócił się w stronę bruneta – Niewłaściwe myśli?
- Za każdym razem przypatrywałem się tobie, gdy byłeś w samej bieliźnie. Myślałem, że po prostu zazdroszczę ci sylwetki, ale tak naprawdę pociągał mnie ten widok – Mówiąc to czuł, że każde kolejne słowo pada coraz trudniej – Wypierałem się myśli, że możesz mnie fascynować.
Szatyn usiadł na krawędzi stołu i pochylił się w stronę Lamberta. Adam poczuł zapach łagodnych perfum. Zaczerpnął głębszego oddechu.
- Tak między nami, mocno cię pragnąłem.
Brunet szerzej otworzył oczy i roześmiał się z poczucia niezręczności – Niemożliwe.
- Żeby to udowodnić, muszę zdradzić ci pewną tajemnicę. Nie wiem, czy chcesz ją znać.
- Chętnie posłucham – Adam uśmiechnął się szeroko.
- Pieściłem się, fantazjując o tobie.
Fala gorąca zalała podbrzusze Lamberta, który czuł, ze jego spodnie stały się stanowczo za ciasne. Z trudem przełknął ślinę i opanował swój oddech. Cheeks rozsuwający spodnie, szczupła dłoń, która powoli się tam zakrada... stop, błagam. W końcu zaczyna dotykać siebie tam, gdzie lubi najbardziej… dochodzi, mając w głowie mój obraz. Przeżywa czystą ekstazę, patrząc na moje zdjęcia.
- Adam, wszystko gra? – Brad wyglądał na wyraźnie zaniepokojonego.
Brunet otrząsnął się z natarczywych myśli, zaprzątających jego głowę. Dziękował w duchu, że najlepszy przyjaciel ze szczenięcych lat nie musi teraz oglądać jego silnego wzwodu.
- Odpłynąłem. Wybacz mi, mam czasem takie momenty – Rzekł, sięgając po swoją porcję – Smacznego.
Brad odpowiedział ciepłym uśmiechem i ponownie zajął swoje miejsce.
***
Tommy wraz z Jane przekroczyli próg hali, w której zgromadziła się już pokaźna grupa Hummingbirds. Wszystkie pary oczy zwróciły się ku nowo przybyłym.
- Dobrze, że jesteście – Rzekł jeden z mężczyzn – Tommy? Ktoś na ciebie czeka.
Ratliff spojrzał w kierunku jednego z chłopaków, który trzymał na smyczy masywnego, całkowicie białego amstaffa.  Pies był dorosły i patrzył nieufnie na swojego tymczasowego właściciela, szczerząc zęby. Miał na pysku ciężki kaganiec, który ocierał jego skórę. Pysk pełen był ran
- Ereb? – Zawołał blondyn, zmierzając w kierunku psa – Jasna cholera, wyglądasz jak ostatnie nieszczęście.
Para spiczastych uszu zatrzymała się w pewnym momencie. Półślepe oczy zwierzęcia zwróciły się w kierunku Tommy’ego. Zaczął skomleć, kuląc się i merdając długim ogonem. Podbiegł do swojego właściciela, skacząc łapami na jego uda.
- Witaj z powrotem, przyjacielu – Rzekł łagodnym głosem blondyn, uśmiechając się pod nosem. Kucnął, pieszcząc zwierzaka po miękkim karku – Tęskniłeś, prawda?
Amstaff ochoczo pomerdał ogonem i zatoczył koło. Tommy wstał, mierząc wzrokiem lidera zespołu.
- Podjąłem decyzję – Rzekł stanowczo, opierając ręce o biodra – Odstąpię Adamowi moje prawo wyboru. W jego imieniu zrzeknę się podjęcia zadania na rzecz innego.
- Prawo nie działa w tym przypadku – Rzekł Samuel – Adam nie jest jeszcze członkiem grupy. Nie możesz nadać mu swoich przywilejów. Za kilka dni Lambert trafi do szpitala psychiatrycznego w stanie Kalifornia, gdzie przeprowadzi operację uwolnienia naszego człowieka, który dostał przepustkę. Nasz chłopak wpoił kitlom schizofrenię i depresję. U świrów nie dbają tak mocno o strzeżenie bram budynku. Skupiają się na rygorze i sprawiedliwości. Lambert dostanie papiery lekarza psychiatry, który zostanie przydzielony naszemu chłopakowi i wyciągnie go stamtąd w najlepszym momencie. Plan alfa jest znany, w planie beta wezwie podstawioną karetkę, która przywiezie ich do nas.
Tommy przetarł zmęczone powieki i wziął głęboki oddech – Jeżeli go tam wpuścisz, nie wyjdzie stamtąd. Wkopie się sam, lub wkopie go dziewczyna. Nie ma innego scenariusza – Rzekł, rozkładając ręce.
Jane zmrużyła powieki – Tommy, to nie jest to, o czym myślę, prawda?
Ratliff pokręcił głową i założył ręce za głowę. Pies usiadł tuż przy jego stopach, spoglądając na Samuela. Blondyn westchnął i kucnął, odgarniając włosy do tyłu.
- Nie wmówi zdrowej dziewczynie, że jest wariatką. Nie skryje się przed glinami, gdy na niego doniesie.
- Komu będą wierzyć? – Lider założył ręce na piersi – Lekarzowi z czystą kartoteką i bogatym doświadczeniem, popartym listą referencji czy zwyczajnej wariatce, faszerowanej psychotropami?
Tych ludzi nikt nie słucha. A jeśli narobi za dużo hałasu, poinstruujemy Adama, co ma robić. Każde zadanie wiąże się z ryzykiem, na tym polega cała gra.
Jane czuła, jak bicie jej serca przyspiesza – Tommy, co do cholery jest grane?
Blondyn uderzył dłońmi w kolana, podparł się o nie i powoli wstał. Wcisnął ręce w kieszenie, cofając się na krok.
- Wepchnąłem Almę do tego szpitala, nim Adam zerwał ze swoim przeszłym życiem.
Czuł na sobie wzrok Jane. Nic wcześniej nie było w stanie tak mocno go zdezorientować jak para oczu, wyrażających bezgraniczną nienawiść.
- Adam przyzwyczaił się do myśli, że jej nie ma, że odeszła na zawsze. Nie da rady stanąć z nią twarzą w twarz. Nie da rady udawać przy niej, że są sobie obcy i widzą się po raz pierwszy. W świetle prawa Alma nadal pozostaje zaginiona, bo wpychając ją do tego pieprzonego zakładu, sfałszowałem jej papiery. Liczyłem, że zniknie na zawsze.
- Adam musi o tym wiedzieć – Jane rozłożyła ręce – Dlaczego wciąż milczycie?
- Wycofa się, jeśli go uprzedzimy – Odparł lider – To nie wchodzi w grę. Obejmuje nas tajemnica, a zerwanie jej przyniesie poważne konsekwencje. Radzę wam milczeć – Dodał chłodno.
- Pozwól na chwilę – Rzekła brunetka, kierując wzrok ku Ratliffowi. Wyszła na zewnątrz, rozglądając się, czy aby na pewno zostali sami. Tommy tuż po chwili zjawił się obok niej.
- Co ci strzeliło do głowy, żeby zrujnować ułożone życie tak wspaniałemu człowiekowi? Adam nie zasłużył na to, co ma go spotkać. On nie zasługuje na to, co codziennie go dotyka.
Blondyn wzruszył ramionami – Chciałem mieć go tylko dla siebie.
Jane rozchyliła łagodnie wargi, czując ich nerwowe drżenie – Rozbiłeś związek, porwałeś chłopaka, traktujesz go jak najgorsze ścierwo, jego dziewczynę siłą i podstępem wpychasz do wariatów, następnie starasz się, by siedziała cicho? Chcesz, by tam spędziła resztę lat swojego życia? Na to zasłużyła? Wpadła w ręce chorego sadysty, który…
- Miłość to nie kwiaty, uśmiech i bezludne wyspy. Czasem trzeba wykazać się bezwzględnością. Miłość jest podła i czułaś to, mordując faceta, którego jeszcze kilka miesięcy temu pieprzyłaś na tylnej kanapie samochodu, w którym skonał.
- Dla ciebie miłość to kwestia posiadania. Adam zabił, by ratować twoje życie, a ty co zrobiłeś, by ratować jego? Niszczysz go, sukinsynu. Jeśli dopuścisz do tego, że spotka się z Almą, zrujnujesz wszystko. Nigdy więcej nie spojrzy ci w oczy. Nigdy więcej nie zbliży się do ciebie, rozumiesz?
Tommy westchnął, uderzając pięścią w metalowe drzwi – Widzisz, że się staram! Od kilku dni rozmawiam z tymi ludźmi, by przekonać ich, że nie mają racji, że należy znaleźć inne rozwiązanie. Boję się, że go stracę, rozumiesz? – Spytał, przechylając głowę – Boję się, że go stracę, a spieprzył i już teraz zerwał ze mną kontakt!
- Miłość w twojej definicji to schizoidalna dziwka. Jedyne co umiesz dawać komuś w ręce to rozżarzony węgiel, a potem jeszcze czekasz na wdzięczne „dziękuję”. Nie chcę mieć cię na sumieniu. Do zobaczenia – Rzekła, wybierając najkrótszą drogę, prowadzącą do głównej trasy.
- Jane! Jane, do jasnej cholery! – Krzyknął, odwracając się w stronę znikającego cienia. Nigdy wcześniej nie czuł się tak podle.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Odc. 29: Więzi



No to czas na kilka odpowiedzi! 

Till: Spokojnie, Brad jeszcze się nie skończył :) Mnie również cieszą powiadomienia idące z fp Rogo :D
GlamMonster: Cóż można powiedzieć, Cheeks to nośny element :D
Rogogon: Historia Cheeksa będzie nam bliżej znana. Nie jest to przełożenie realnej znajomości, ale będę starała się wykreować pewną klarowną relację zarówno z przeszłości jak i teraźniejszości. Pozdrawiam cieplutko <3 :)

I coś ode mnie: linki z komentarzy z ostatniej notki uzupełnię w przyszłym tygodniu.
Widzę, że ciepło przyjęłyście pojawienie się Brada i bardzo mnie to cieszy :) Nie zawiodę!

29. Więzi

W mieszkaniu pozostali jedynie Adam oraz Jane. Tommy musiał podjąć kolejne decyzje, dotyczące zbliżającego się zadania. Obiecał wrócić około dwudziestej drugiej. Na ten moment miał już ponad czterdzieści minut spóźnienia.
Brunetka opróżniła resztki alkoholu z litrowej butelki whisky. 
- Kim jest ten Brad? Znajomy?
Adam spojrzał w jej kierunku – Tak. Najlepszy przyjaciel z wczesnych lat. Spędziliśmy wiele świetnych chwil. Zawsze mogłem na niego liczyć.
Brunetka przechyliła głowę - Najlepszy przyjaciel? Musieliście wiedzieć o sobie naprawdę dużo.
- Tak było. Nie mieliśmy przed sobą tajemnic. Byłem pierwszą osobą, której przyznał się, że woli facetów - Rzekł z uśmiechem - Zwierzał mi się ze swojego pierwszego razu. Próbowałem udawać zainteresowanie, ale słabo mi to wychodziło.
Dziewczyna roześmiała się - Szukał w tobie oparcia. Musiał bardzo ci ufać, jeśli nie bał się odrzucenia. Czułeś przed nim wstręt?
Lambert wzruszył ramionami - Mieliśmy wzajemną pewność, że możemy na siebie liczyć. Nie, nic z tych rzeczy. Czułem coś jakby… zazdrość, że ktoś chce mi go odebrać. Byłem do niego mocno przywiązany.
- Uroczy z niego chłopak. Spaliście ze sobą? – Spytała, sięgając po szklankę wody.
- Jane! – Adam poderwał się – Nic z tych rzeczy, tylko przyjaźń.
- Nawet o tym nie myślałeś? No przyznaj się – Puściła do niego perskie oko.
Adam zatracił się w pięknych wspomnieniach beztroskiej młodości. Wspólne wyjazdy pod namiot, odkrywanie niepoznanych miejsc w okolicach San Diego, spontaniczne wycieczki na drugi koniec kraju. Rozmowy do rana, stały kontakt, brak jakichkolwiek zmartwień. Oni obydwaj i nagie niebo nad ich głowami.
- Adam?
Brunet otrząsnął się i uśmiechnął – Wspaniały czas.
To nie była fascynacja, tylko czysta przyjaźń. Brad czuł to samo względem mnie. Nigdy nie rozmawialiśmy o „nas”. Każdy z nas miał swoje życie, jeśli chodzi o uczucia. Choć w tamtym momencie byliśmy singlami…
- Boję się, że Tommy cię skrzywdzi. To nie jest materiał na partnera. To nawet nie jest materiał na wspólnika. Powinieneś znaleźć kogoś lepiej dopasowanego do ciebie. 
- Brad mówił mi o Tommym dokładnie to samo, co ty. To samo, co każdy o nim mówi.
Jane wzruszyła ramionami – To siła, ciągnąca na dno. Trudno się jej oprzeć. Masz jeszcze szanse na ucieczkę od tego, dokąd zabrnąłeś.
- Nie rozmawiajmy na ten temat – Rzekł, zakładając ręce na piersi – Każdy ostrzega mnie jak dziecko, które uparcie pcha ręce do ognia.
- Choć zimno, można się sparzyć, co?
Adam zmusił się do uśmiechu – W kilku słowach opisałaś całą osobę Tommy’ego. Wiesz czego nauczyli mnie rodzice? – Spytał, pochylając się w kierunku dziewczyny – By ufać sobie, nie innym. By nie podążać torem plotek. Nie mam nic do stracenia. 
- A wiesz co mówią o tych, którzy niczego już nie mają? – Jane przechyliła głowę – Że są najbardziej niebezpieczni, gdy nie mają już dla kogo żyć. 
- Widziałem dziesiątki jego twarzy. Niebezpiecznego szaleńca, zamyślonego inteligenta, bezwzględnego psychopaty. Ale widziałem też piękno drzemiące w głębi duszy, potrzebę zaangażowania, pragnienie wypełnienia pustki. Nie wierzę, że jest chory. Nigdy nie był. Nigdy w to nie wierzyłem. Jest aktorem, ale przy mnie ukazuje swoje człowieczeństwo. Potrzebuje osoby, która zechce go zrozumieć, która poświęci mu czas.
- Adam, co ty…
- Osoby, który pokaże mu, czym jest miłość. Choćby było to niemal niewykonalne, muszę podjąć się tej próby. Zależy mi na nim.
Jane łagodnie rozchyliła wargi i z niedowierzaniem pokręciła głową – Oszalałeś. Jesteś wariatem.
- Tylko wariaci są coś warci.
- Alicja w krainie czarów? – Spytała brunetka, sięgając po drugą butelkę alkoholu. Parsknęła śmiechem – Czary… ten świat pozbawiony jest magii. 
- Mówią, że historia Alicji opowiada o zaburzeniach psychicznych i stanach narkotykowych. Jeżeli to prawda, żyjemy w tym świecie wszyscy – Odparł Adam, opierając się plecami o ścianę – Dużo pijesz. 
Dziewczyna uśmiechnęła się łagodnie – Tylko takie przyjemności mi pozostały. Teraz, gdy muszę ukrywać swoją twarz, trudno jest znaleźć przyzwoitego faceta i karmić go kłamstwami. Wbrew pozorom nie jest tak łatwo o seks. A ty? Jak sobie radzisz? – Spytała swobodnie, pokładając się na kanapie.
Brunet wzruszył ramionami – Jakoś nigdy mnie to nie pociągało.
Dziewczyna roześmiała się – Przestań chrzanić. 
- Poważnie – Adam pokręcił głową – Ważniejsze były dla mnie uczucia i poczucie stabilizacji. W żadnym moim związku seks nie odgrywał dużej roli. Choć… właściwie to byłem tylko w jednym poważnym związku. Z resztą, kogo to obchodzi… - Rzekł, odbierając z rąk dziewczyny butelkę. Wziął kilka większych łyków, licząc, że przykre wspomnienia znikną tak szybko, jak się pojawiły.
- Ale z Tommym chyba jesteś spełniony?
Paląca ciecz musiała zmienić drogę strumienia, bo Adam zachłysnął się przy kolejnym łyku. 
- Spokojnie – Poklepała go po ramieniu – Jesteśmy dorośli. 
Adam poczuł jak rumieniec oblewa jego policzki. Nie odniósł się do komentarza dziewczyny, za to nerwowo przewrócił oczami. Pieczenie spowodowane zakrztuszeniem powoli ustępowało.
Brunetka wyjrzała przez okno. Na podwórzu zaparkował czarny ford, należący do Ratliffa. Widziała czarną sylwetkę, zmierzającą w stronę domu. Po chwili drzwi otworzyły się z impetem, a chłopak wszedł do mieszkania. Nie obrzucając domowników ani jednym spojrzeniem, skierował się do pokoju i trzasnął drzwiami.
- Dobra, to ja się zmywam – Rzekła Jane, podpierając się o zagłówek – Spodziewam się, że to trudny moment. Nie będę się mieszać – Dodała, biorąc kilka magazynów, sprzed paru miesięcy. Poszła w stronę schodów, zachodząc do kuchni. 
Lambert przez dłuższy czas wpatrywał się w drzwi, licząc, że klamka chociaż drgnie. Nic z tego, nie ugięła się nawet na milimetr. Nie chcąc dłużej czekać wstał i powoli zbliżył się do pokoju Tommy’ego. Zapukał dwukrotnie, jednak nie otrzymał odpowiedzi. Postanowił wejść.
- Czego tu szukasz? – Warknął blondyn, rzucając na łóżko telefon – Wyjdź.
- Chciałbym porozmawiać.
- Nie mamy o czym – Odparł oschle Tommy – Jeśli mam nie być niemiły, to wyjdź pierwszy.
Brunet westchnął pod nosem – Czekałem, aż…
- Wypierdalaj stąd! – Wykrzyczał, zrzucając z półki rząd książek, które głucho odbiły się od podłogi - Ile razy mam powtarzać?!
Adam pomimo gorzkich słów szedł w kierunku blondyna. Zamierzał go uspokoić. Gdy tylko wyciągnął ręce w jego kierunku i rozchylił usta, by cokolwiek powiedzieć, Ratliff szybkim ruchem sięgnął do kabury. Po chwili Adama zatrzymała lufa pistoletu, opierająca się o jego czoło.
- Kiedy będę potrzebował wsparcia i rozmowy, znajdę je.
Lambert przez moment czuł paraliżujący go strach, mieszający się z poczuciem totalnej bezsilności. Patrząc w brązowe oczy, cofnął się na krok. Niewidzialna siła naciskała na klatkę piersiową, pieczenie pod powiekami narastało. Zachowując kamienną twarz opuścił pokój, odpuszczając sobie obcesowe trzaskanie drzwiami.
Na jego korzyść nie spotkał Jane na tym krótkim odcinku drogi. Fale złości i nienawiści napływały do jego głowy. Opuścił dom, idąc w stronę miasta. Pamiętał adres domu Brada. Jeśli przyspieszę, będę tam w ciągu pół godziny.
***
- Adam? - Jane zbiegła ze schodów, łapiąc po drodze swoją kurtkę. Rozejrzała się dookoła. Zastała w kuchni jedynie Tommy'ego.
- Gdzie on jest? - Spytała, zbliżając się do blondyna.
Chłopak wychylił szklankę, na dnie której znajdowała się brunatna ciecz.
- Jego sprawa.
- Słuchaj sukinsynu - Rzekła, mierząc w niego palcem -  Przysięgam, jeśli stanie mu się krzywda, wypcham ci dupę śrutem i nakarmię nią ryby w rzece. 
Ratliff przeniósł na nią pełen pogardy i zainteresowania wzrok - Żyleta. Jakbyś nie miała kurwicy między nogami, to chętnie bym cię przeleciał. Masz zadatki na konkretną sukę.
Pchnęła go na jedną ze ścian i przycisnęła kolano do jego krocza
- Mój były przyznałby ci rację, ale przykrym trafem już nie żyje. Jeśli nie będziesz chronił Adama, to trafisz do tych, co już nigdy nie przemówią. Mam nadzieję, że się rozumiemy - Dodała chłodnym tonem i opuściła kuchnię. Po chwili wyszła również z domu, zostawiając blondyna samego.
***
Brad nie musiał dbać o anonimowość. Formalnie nie należał do bractwa, co dawało mu pełną swobodę. Pozyskiwał drobne profity, ale nikt nie pociągnąłby go do odpowiedzialności za zbieranie kontaktów czy wyszukiwanie adresów. W najgorszym wypadku mógł spodziewać się jedynie kary grzywny, sięgającej tysiąca dolarów. 
Adam dotarł na dziewiąte piętro wieżowca. Odnalazł drzwi opatrzone nazwiskiem „Bell”. To musi być tutaj, pomyślał. 
Zapukał kilkukrotnie. Poczuł mrowienie pod kolanami, gdy usłyszał cicho stawiane kroki. Po chwili klucz w zamku przekręcił się dwukrotnie, aż w końcu drzwi otworzyły się na oścież.
- Adam! Nie spodziewałem się! Wchodź, zapraszam, zaraz coś przygotuję – Uśmiechnął się szeroko Brad, przepuszczając bruneta w drzwiach. Lambert uśmiechnął się łagodnie, po czym przekroczył próg mieszkania. Urządzone było w surowym, ale estetycznym stylu. Ściany miały odcień kremowy lub miętowy w zależności od pomieszczenia, na gładkich panelach leżały puszyste dywany. W głównym salonie znajdowały się jedynie telewizor oraz sofa. Jedna ze ścian była oszklona i przedstawiała panoramę miasta. Adam wziął głębszy oddech, gdy przekroczył próg pokoju. 
- Pięknie tutaj.
- Zgadza się, to najlepsza inwestycja. Poczekaj, przyniosę coś do picia.
Adam dopiero teraz spojrzał w kierunku Brada. Miał na sobie miękki, biały szlafrok zawiązany w okolicach pasa, jego stopy były bose. Poły szlafroka łagodnie odsłaniały klatkę piersiową oraz obojczyki. Pod chwilową nieobecność przyjaciela, Lambert postanowił zająć miejsce na czerwonej kanapie. Choć to miejsce było mu zupełnie obce, czuł się bezpiecznie. Z dala od zgiełku i grozy.
- Czerwone wino? – Brad pojawił się natychmiastowo, trzymając w ręku butelkę i dwie lampki. Ustawił je na szklanym blacie stołu, po czym usiadł tuż obok Adama. Brunet poczuł łagodny zapach płynu do kąpieli. Mimowolnie zwrócił wzrok ku przyjacielowi.
- Co się stało, że odwiedzasz mnie o tej porze? – Spytał, spoglądając na zegar wiszący na ścianie – Już prawie dwudziesta trzecia.
- Problemy z otoczeniem – Odparł wymijająco Adam – Tommy chyba nie potrzebuje pomocy. Przystawił mi broń do głowy, gdy wyciągnąłem ku niemu rękę. Myślałem, że nasze więzi się zacieśniają. Wszystko szlag trafił. Dopiero teraz poczułem, że stoję w obliczu zagrożenia. Nie wiem, czy mógłby mnie zabić, ale z pewnością jest zdolny zrobić coś, czego będzie żałował.
Brad ze współczuciem przechylił głowę – Chciałbym cię pocieszyć, ale nie mogę kłamać. Od kilku dni wiele o tobie mówią w Hummingbirds. Do tej pory najdłużej przy Tommym żył ten Brian… Ale i tak marnie skończył. Nikomu się nie udaje. Nikomu, kto próbuje przekroczyć pewną granicę. Mocno w ciebie wierzę, ale to droga donikąd. Tam nie ma nic, na co warto czekać.
- Nie wiesz, jak skończył Brian? – Adam zwrócił wzrok w kierunku Brada. Poczuł bolesny ucisk w klatce piersiowej.
Szatyn ku jego zaskoczeniu wzruszył ramionami – Słyszałem tylko, że szybko chcą pozbyć się ciała. On był bardzo niewygodny. Tommy jest w o tyle lepszej sytuacji, że jest dobry w tym, co robi. Nie krzywdzi nikogo wewnątrz. Brian za to dawał mu nieźle w kość. Zrobił sobie z Ratliffa kojota na łańcuchu. No ale przyszedł czas na zemstę – Zrobił przerwę, by wziąć łyk alkoholu – Gwiazdy są po to, by świecić, nawet jeśli to oznaka ich rychłego wypalenia.
Brunet zmrużył powieki i cicho westchnął. Zakołysał lampką wina, obserwując jak ciecz spływa po gładkich ściankach.
- Nosiłeś kiedyś w sobie tyle tajemnic, tyle rozgoryczenia i żalu, że pragnąłeś wykrzyczeć to całemu światu? – Adam zwrócił twarz w kierunku Brada, który zwlekał z odpowiedzią.
- Zawsze żyłem tak, jak chciałem żyć. Nie sięgałem po więcej. Niczego nie żałuję. Ty też nie powinieneś.
- Popełniłem tyle błędów… - Adam wziął głęboki oddech, czując brak powietrza w płucach – Kiedy zobaczyłem ciebie, wszystkie wspomnienia uderzyły we mnie tak mocno, jak nigdy dotąd. Zobaczyłem szczęście, które patrzy mi prosto w oczy i jest gotowe podać mi dłoń. Ale ty należysz to jednych z tych mar, które zaraz znikną, jak ulotny sen. Rozdzielą nas miasta, ludzie, wydarzenia. W moim obecnym życiu nie ma miejsca na więzi. Jest tylko walka o byt. Ucieczka w nieznane. Celem jest tylko próba przetrwania wśród ludzi, wobec których nie jestem sobą. Chciałbym móc wyjść na ulicę w biały dzień i pokazać ludziom twarz. Chciałbym być skazany na przyziemne obowiązki. Chcę, by ktoś mnie poznał i nie bał się, nie gardził tym, czego się dopuściłem. Chodzę po omacku jak ślepiec, który bada obcy mu teren. Duszę się w sobie. Nikt nie chce mnie słuchać, a ja nie mogę dłużej dusić w sobie tylu słów, które każdej nocy spędzają mi sen z powiek. Jesteśmy skazani na bycie sobie obcymi. Ktoś siłą wepchnął mnie do świata, do którego nie pasuję. Jesteś jedynym, odkąd…
- Ciii… - Wysyczał Brad ,przyłożył palec do ust i ułożył obie dłonie na ramionach Adama – Zostaniesz u mnie na noc. Musisz odpocząć. Zrobię kolację i gorącą herbatę, przygotuję ci łóżko w mojej sypialni.
- Nie powinieneś…
- Mieszkam sam, nie musisz się o nic martwić - Brad troskliwie przeczesał czarne włosy przyjaciela, czując ich miękkość. Mimowolnie uśmiechnął się, przesuwając palcami po karku bruneta. Poczuł na ciepłej skórze unoszące się, drobne włoski.
- Zimno ci?
Adam przecząco pokręcił głową - Nie, czemu?
- Masz dreszcze.
Brunet poczuł silne uderzenie gorąca na dźwięk tych słów. Czy naprawdę nie kontrolował reakcji swojego ciała?
- Może jesteś głodny? - Brad przesunął opuszkami palców po szyi bruneta, który zmrużył powieki.
- Chętnie - Odparł z uśmiechem, choć wcale nie był głodny. Chciał jedynie przerwać ten niezręczny moment. Gdy Bell zniknął w kuchni, Adam skrył twarz w dłoniach. To twój przyjaciel. Nie próbuj go tknąć. On chce po prostu pomóc.
- Tosty z serem i szynką? Moja specjalność! - Zawołał szatyn.
- Tak! - Odkrzyknął Adam i wziął głębszy oddech. Wciąż czuł na skórze delikatny, ciepły, pełen wrażliwości dotyk. To całkiem sympatyczne wrażenie tuż po tym, gdy ktoś groził mu bronią. Jestem po prostu przewrażliwony. 
Brad wrócił po chwili i zajął to miejsce, co poprzednio - Musisz chwilę poczekać. Zepsuł się toster, więc teraz wszystko robię w piekarniku. Adam?
- Przepraszam, jestem trochę rozbity - Odparł brunet - Nie miej mi za złe, jeśli będę się dziwnie zachowywał.
- Wszystko zrozumiem - Uśmiechnął się - Zapewnię ci spokój i ciszę. Nikomu nie powiem, że u mnie jesteś.
- Dziękuję - Odparł Adam, odsuwając się nieznacznie - Zaczerpnę oddechu na balkonie. Dziękuję za wszystko.
Brad uśmiechnął się ciepło - Przygotuję ci ręczniki i pościel. Czuj się jak u siebie.
Lambert skinął głową - Moje mieszkanie to tylna kanapa starego forda - Parsknął śmiechem - Jeśli będziesz potrzebował rano pomocy, wiesz, gdzie mnie szukać.
- Odpocznij. Przygotujemy śniadanie, gdy się obudzisz. Nie zapomnij o kolacji, powinieneś zjeść przed snem. Moja mama wprowadziła zasadę kar za niejedzone posiłki. Wyglądasz bardzo przygnębiająco.
Adam natychmiastowo spojrzał na swoje ręce. Trud ostatnich wydarzeń i ciągły stres zaczęły przekładać się na jego wygląd.
- Nie martw się, przy mnie dojdzie ci kilka kilogramów – Brad uroczo przechylił głowę. Ten tik miał już we wczesnej młodości.
Adam zaśmiał się cicho, zakładając ręce na piersi – Sam nie wyglądasz na kogoś, kto lubi jeść. Z resztą nigdy nie wyglądałeś. Zazdrościłem ci figury.
- Ach – Szatyn machnął ręką – Zwykle mówię, że to geny. Z resztą wiesz, jak jest, największą uwagę przyciągają faceci, jakby to powiedzieć… - Roześmiał się, wskazując na swój biceps.
- Ech… - Adam westchnął, uśmiechając się – Nie do końca…
- A ty skąd wiesz?
Lambert pokręcił głową – Każdy typ ma swoich adoratorów, wierz mi. Przepraszam, ale musisz mnie już puścić.
- Jasne. W takim razie dobranoc - Szatyn uśmiechnął się i poszedł w stronę mniejszego pokoju. Adam został sam, biorąc głęboki oddech. Schizofreniczne głosy w jego głowie ustąpiły po kilku głębszych oddechach. Zamknął oczy, rozkoszując się absolutną ciszą.