piątek, 6 września 2013

Odc. 34: Niedomówienia



Krótki wstęp!

Widzę, że zdania na temat Jane są mocno podzielone. Bardzo dobrze, czekamy na jej wielki moment :)

Tak, Alma nie była żoną Adama, żyli ze sobą, ale bez ślubów i innych deklaracji. W tym momencie chciałam jak najkrócej przekazać komunikat, by nie utracić emocji. Mąż jest mocniejszym słowem niż zwrot "mężczyzna, z którym mieszkałam", poza tym w głowie Almy wiele się zmieniło, ale o tym będzie wzmianka w kolejnych odcinkach.

Hole in my soul: Z pewnością nie poprzestanę na Klatce :) Kiedy ją skończę, pewnie znów będę potrzebowała chwili na oddech i zebranie pomysłów, ale to z pewnością nie jest ostatnie opowiadanie, jakie piszę.

Dziękuję za obecność! No i zapraszam na piątkową porcję treści :)

34. Niedomówienia

Zegar wybił godzinę trzecią trzydzieści nad ranem i każdy z trojga zaczynał odczuwać znużenie. Trzy butelki wina stały na środku stołu, otoczone szeregami przeróżnego typu przekąsek i słodyczy.
- Wezwijcie mi taksówkę – Wymamrotała Jane. Z jej twarzy nie schodził uśmiech. 
- Nie jesteś w stanie sama wracać do domu – Zaprotestował Adam.
- Chodź, mała – Brad puścił do niej perskie oko i uśmiechnął się zalotnie – Zajmiesz sypialnię Adama. Mam nadzieję, że będzie ci w niej wygodnie – Rzekł, podając dziewczynie rękę. Powoli udali się w stronę pomieszczenia, pozostawiając Lamberta w towarzystwie niedojedzonych resztek. Zapatrzył się w nadgryzioną kanapkę z nutellą, rozważając jej dokończenie. Uznał jednak, że jego żołądek wyraziłby jednoznaczną dezaprobatę, więc szybko doszedł do wniosku, że jednak nie odczuwa przerażającego głodu.
Wziął głęboki oddech, opuszczając powieki. Choć zawsze uciekał od alkoholu, pozostawiając problemy sile swojego umysłu, ostatnimi czasy zatracił chęć do walki i coraz częściej trzymał w ręku pełną szklankę. Odczuwał przy tym wyciszenie i upragnioną pustkę w głowie. Stan lekkości, którego nie mógł kupić za żadne pieniądze. Kanapa ugięła się pod ciężarem drugiego ciała.
- Załatwione. Obudzi się za dwa dni – Rzekł Brad, przeczesując palcami swoje włosy – Śliczna jest.
Lambert znacząco pokiwał głową – I niegłupia. Ma jaja, w przeciwieństwie do mnie.
Bell roześmiał się ciepło, kładąc dłoń na ramieniu bruneta – W tobie wszystko jest zadziwiająco perfekcyjne. 
Adam zachowywał poważny wyraz twarzy, trzymając dłonie blisko twarzy. Wpatrywał się w wygaszony ekran telewizora.
- Nad czym się zastanawiasz?
- Nad tym, czy warto spełniać pragnienia, licząc się z przyszłymi konsekwencjami.
- Myślę, że warto – Odparł szatyn, przechylając głowę – O czym mówisz?
- O tworzeniu alternatywnej wersji przeszłości w obecnym życiu.
- Nie powinieneś zastanawiać się nad innymi scenariuszami tego, co już przeżyłeś. Nie warto otwierać trumien minionych wydarzeń. To, co minęło jest martwe i nie przywrócisz tego do życia. Pod drewnianą pokrywą skrywają się niekompletne resztki wspomnień i odór nie do zniesienia.
- Myślę, że się mylisz, Bell – Odparł Adam, tym razem odwracając głowę i patrząc wprost w szeroko otwarte oczy chłopaka. Miał pewność, że potrafiłby go zaklinać serią kilku spojrzeń. Nie chciał tego wykorzystywać przeciwko przyjacielowi, dlatego pozwolił sobie na spuszczenie wzroku. Po chwili para delikatnych dłoni ujęła jego twarz.
- Nie zamartwiaj się. Czerp z życia tyle, ile maksymalnie możesz z niego wycisnąć – Powiedział ze szczerym uśmiechem Cheeks, wstając z kanapy – Przygotuję łóżko. Jeśli nie chcesz spać ze mną, to przyniosę materac.
- Żaden problem, nie przeszkadza mi towarzystwo – Odparł Lambert, zwalniając miejsce – Wyjdę na balkon. Muszę się przewietrzyć.
Chłodne, przesiąknięte zapachem zmęczonego miasta powietrze zadziałało kojąco na rozpaloną skórę. Adam oparł dłonie o barierkę i przechylił się do przodu, spoglądając w stronę niedużego ogrodu. Wyciszył swoje myśli, chłonąc każdą sekundę spokoju.
Kiedy Tommy pojawiał się w jego myślach, krew w żyłach nie przyspieszała. Miał świadomość, że nie wynika to ze słabnących emocji. Wręcz przeciwnie – świadomie uczył się sztuki przetrwania na polu bitwy, gdzie miłość i nienawiść toczą zaciętą walkę. Niebo zaczęło jaśnieć; gwiazdy zgasły pod granatowym sklepieniem, a pasma różów i kobaltów rozcięły ciemną powłokę. Znużenie nie chciało spłynąć; Adam wrócił do pokoju zasłonił rolety, by spowić pokój w mroku. Zdjął t-shirt, zrzucając go na podłogę i zaczął rozpinać spodnie. Brad właśnie wrócił z łazienki i skierował swoje kroki w stronę posłania.
- Jak za dawnych czasów.
Brunet z uśmiechem pokiwał głową. Pozbył się spodni w drodze do łóżka i usiadł na miękkim materacu, zamykając oczy. Po chwili położył się i naciągnął kołdrę na zmęczone ciało. Zapanowała cisza, jakiej nie zaznał od dawna. Pragnął uspokoić wszelkie myśli i oddać się w ramiona Morfeusza, ale było coś, co stale mu przeszkadzało. Obecność i ciepło osoby, znajdującej się tuż obok niego.
Uniósł powieki i spojrzał w kierunku Brada. Nawiązali kontakt wzrokowy, niezdolni do podjęcia żadnego gestu. Wpatrywali się w siebie zadając nieme pytania, oczekując przemilczanych odpowiedzi.
- Nie warto sięgać do przeszłości i ściągać jej do obecnego życia – Wyszeptał Brad, zaciskając palce na poduszce.  Miał nadzieję, że Adam zrozumie jego słowa. 
- Tyle razy uczyłem się na tym błędzie – Odparł równie cicho brunet – Ale za każdym razem ślepo wierzę, że to mnie uszczęśliwi.
- Po co brnąć w stronę porażki?
- A w którą stronę iść, jeśli obie drogi wiodą w tym samym kierunku? – Spytał, wyciągając dłoń w kierunku twarzy Cheeksa. Zaczął gładzić jego twarz opuszkami palców – Martwisz się o mnie czy o siebie?
- Tylko o ciebie – Odparł chłopak, nie wzbraniając się przed kojącym dotykiem.
- W takim razie możesz odetchnąć – Uśmiechnął się brunet, przekraczając połowę łóżka. Ułożył się tuż nad drobniejszym od siebie ciałem i zaczął składać delikatne pocałunki na twarzy oraz krawędzi szczęki. Wsłuchiwał się w cichy szmer, zastępujący oddech. Wczuwał się w nieregularny rytm unoszącej się klatki piersiowej. Dłonie powędrowały na jego kark, palce przesunęły się ku górze, pieszcząc miękkie włosy.
Nie spieszyli się, jednocześnie dbając o niedługi czas, jaki pozostał im do świtu. Namiętne pocałunki przerywali długimi spojrzeniami, chłonąc wszystko to, co zatracili na długie lata. Szukali w sobie tych cech, które wzajemnie ich ku sobie przyciągały. Był to inny rodzaj intymności; nie ten pełen żądzy, głęboko skrywanych pragnień, przyprawiających o dreszcze fantazji. Była to symfonia wzajemnych oddechów, potrzeba bliskości wynikająca nie tyle z podniecenia, co potrzeby obcowania z kimś godnym zaufania. 
Adam przyjął do swych ust pełen ekscytacji odgłos, który opuścił wargi Brada w najbardziej oczekiwanym momencie tego zajścia. Towarzyszące obojgu emocje porównywalne były z pierwszym erotycznym uniesieniem; pełnym niepewności i wyciszonych pragnień. Rozszerzone źrenice skryły się pod powiekami, a ciało łagodnie wygięło się w łuk pod wpływem pierwszego wrażenia. Szczupłe palce zacisnęły się wokół napiętych ramion Adama, który czytał z twarzy Bella, jak z otwartej księgi. Pozwolił sobie na ruch jeszcze głębszy od poprzedniego, co spotkało się z reakcją podobną do pierwszej. Nigdy wcześniej nie byli ze sobą tak blisko i nie przypuszczali, że kiedykolwiek znajdą się w tym miejscu, w którym wylądowali ostatniej nocy.
***
Pierwsze promienie słońca przebiły się przez szczeliny rolet. Adam usłyszał nieprzytomny głos i miękkie włosy, łaskoczące jego policzki.
- Musimy się spotkać z bractwem. Wstawaj, rusz się. 
Uchylił powieki i ujrzał Jane, krzątającą się po pokoju. Trzymała w ręku szklankę pełną półpłynnej konsystencji, którą zaczęła z niesmakiem jeść.
- Paskudne zdrowe żarcie. 
Lambert dopiero po chwili odzyskał świadomość i dotarło do niego, że leży całkowicie nagi. Co więcej – pamiętał każdy szczegół minionej nocy. Prędko naciągnął kołdrę na swoje biodra i wziął głęboki oddech, przysłaniając oczy ramieniem.
- Dobra, wiesz co? Wymyślę coś. Daj mi tylko swoje notatki, a wszystko im wyśpiewam.
- Są w torbie przy drzwiach… - Wymamrotał Adam, czując potworne pulsowanie w skroniach – Niebieski zeszyt. Masz u mnie dług wdzięczności.
- Zapamiętam – Odparła brunetka, znikając w łazience.
Adam wtulił się w poduszkę, czując na sobie wzrok Brada. Spojrzał w jego kierunku – Nie śpisz? – Spytał półgłosem.
- Jane, pomimo że niesamowicie urocza, jest też nieziemsko krzykliwa… - Odparł z łagodnym uśmiechem. Adam od razu dostrzegł nieśmiałość w jego oczach.
- Muszę się zająć swoimi sprawami – Rzekł cicho Lambert, spotykając się ze wzrokiem Bella. Nie wiedział, jak powinien się teraz zachować. Czuł, że każdy gest będzie zbyt zobowiązujący, jak na zaistniałą sytuację. Drzwi zatrzasnęły się z hukiem; zostali w domu sami.
- Przygotuję śniadanie – Powiedział szatyn, zwlekając się z łóżka. Otulił się miękkim kocem i skierował swoje kroki w kierunku lodówki. Lambert w tym czasie sięgnął po laptopa i ugiął nogi w kolanach. Omijając wszelkie portale informacyjne trafił na stronę banku, do którego miał dostęp. Pomyślał o karcie otrzymanej od Tommy’ego; przypominając sobie numer i hasło zalogował się na stronę oddziału.
- Ratliff zostawił mi piętnaście tysięcy dolarów – Rzekł Adam, raz po raz wpatrując się w wyświetloną kwotę – Skąd on ma tyle kasy? Z życia na ulicy? Jedyne na co trwoni pieniądze to benzyna, whisky i pieprzone konserwy.
Brad uśmiechnął się i spojrzał za siebie – Chyba macie wiele zaległości w rozmowach. Tommy jest posiadaczem siedmiu, ośmiu, może nawet dziewięciu kont bankowych.
Lambert szerzej otworzył oczy, pochylając się w stronę Cheeksa – Żartujesz, prawda?
- To żadna tajemnica – Odparł, wyjmując z szafki dwa kubki i talerze – Wiesz, co mówią? Że niedługo zwinie swoje zabawki, wykupi najmniejszą wyspę świata i przepadnie, czyniąc się medialną legendą. Myślę, że to najlepsze rozwiązanie dla nas wszystkich.
***
Tommy spędzał dzień w swoim hotelowym pokoju, nieopodal szpitala. Uzupełniał różne informacje i statystyki dotyczące zadania związanego z Ryanem.  Zmrużył powieki, gdy rozległo się donośne pukanie. Tego dnia nie spodziewał się gości.
Wstał, poprawiając spodnie zawieszone nisko na biodrach i skierował swoje kroki w stronę drzwi. Ostrożnie je otworzył i zamarł w chwili, gdy ujrzał Adama.
- Mam rozumieć, że dobrze sobie radzisz? - Spytał blondyn, przechylając głowę na bok. 
Adam zacisnął wargi, biorąc głęboki oddech. Nieufnie spojrzał w brązowe oczy - Wystarczająco dobrze, by nie biegać do ciebie z każdą głupotą - Odparł, przekraczając próg pokoju - Nie jestem tutaj po to, by prowadzić z tobą dyskusje. Chcę wiedzieć wszystko na temat twoich pieniędzy.
Tommy zamknął drzwi, po czym wcisnął dłonie w kieszenie - Potrzebujesz więcej?
- Masz kilka kont.
Ratliff znacząco pokiwał głową - Dla własnego bezpieczeństwa. Jeśli wsypią mnie, wyczyszczą wszystko, co do centa. Jestem stale zabezpieczony. Z resztą trzymanie na koncie dużych kwot może wzbudzać podejrzenia - Mówił jednostajnym tonem, zmierzając w stronę fotela - Napijesz się czegoś?
- Nie mogę znieść twojej ignorancji - Westchnął Adam - Pracujesz na zlecenia? Jesteś mordercą?
Zapadła cisza, przerywana parą oddechów, jednego wolnego, drugiego znacznie przyspieszonego.
- Ludzie nie chcą tego robić, wyrzekają się czynienia prawdziwego zła, przez co my musimy przejmować te obowiązki na własne barki. Pewnego dnia dotrze do ciebie, że jedyną osobą, której możesz w pełni ufać, której zechcesz powierzyć całe swoje zaangażowanie jesteś ty sam.
- Nie przyjmę tej lekcji - Odparł brunet, mierząc chłopaka surowym wzrokiem - Gdybym podążał twoim śladem, pozwoliłbym Brianowi na strzelenie ci w łeb. Na twoje szczęście, znacznie się różnimy i to nadal trzyma cię przy życiu.
- Nie zabijam ludzi - Rzekł Tommy, krzyżując ręce na piersi - Przejmowałem konta tych, których nazwiska widnieją w mojej kartotece.
- Jezu Chryste - Westchnął Lambert, siadając na kanapie - Nie masz sumienia, przyznaj to, sukinsynu.
Ratliff wzruszył ramionami - Nie wiem.
Brunet patrzył wprost na chłopaka. Starał się panować nad wszystkimi skrajnymi emocjami, jakie towarzyszyły mu w tym momencie.
- Spotykam się z Bradem - Rzekł nagle, nie zastanawiając się wcześniej, jakie konsekwencje przyniesie to wyznanie, które z resztą nie do końca zgodne było z prawdą. Obiecali sobie, że to tylko jedna noc, wydarzenie, które w pewnym momencie ich życia musiało mieć swoje miejsce.
- Pieprzysz chłopaka swojego szefa?
- Nie są razem. Z resztą nie twój interes, co z nim robię
Tommy wpatrywał się w Lamberta. Czekał na kolejne słowa, jakie padną z jego ust.
- To znaczy, że to koniec?
- Koniec czego? - Parsknął śmiechem Lambert - Koniec mojego podstawiania się za ciebie i bronienia twojego egoistycznego tyłka? Między nami nigdy nic nie było.
- Wyznałeś mi...
- Zapomnij o tym - Adam wstał, idąc w kierunku drzwi - Straciłem wiarę w to, że pewnego dnia zapewnisz mnie, że będziesz przy mnie na zawsze. Nie usłyszę tego nigdy.
- Poznałeś mnie - Tommy również wstał - Od początku wiedziałeś, jaki jestem i zaakceptowałeś to.
- Nie wiedziałem, że wepchnąłeś moją kobietę do szpitala i po tym wszystkim wyczyściłeś jej konto! - Krzyknął Lambert, popychając Ratliffa na jedną ze ścian - Twój brat musi dziękować Bogu, że nie musi Cię oglądać, pieprzony zwyrodnialcu.
 - Chciałem jedynie do Ciebie dotrzeć, do cholery! Nie myślałem o tym by cię skrzywdzić, oczekiwałem jedynie życia, które będziesz ze mną dzielił.
- Życia z pistoletem pod poduszką?
- Na to już jesteś skazany.
Żal i nienawiść zaczęły się kumulować pod powłoką skóry, gdy do Adama dotarło, że to prawda. Wyparł się swojej tożsamości. Teraz wypiera się jedynego człowieka, którego kochał.
- Ludzie pogrzebaliby cię żywcem, gdybyś wyjawił im całą prawdę o sobie. Nadal cię bronię. Kim ja jestem? - Spytał Adam mierząc w siebie palcem - Kim się stałem, zadając się z tobą? Mordercą, kłamcą, potworem w ludzkiej skórze. Ty mnie takim stworzyłeś, przypierając do muru, raz po raz. Ile jeszcze razy staniesz mi na drodze?
Zapadła długa cisza. Tommy nie potrafił zdobyć się choćby na jedno słowo.
- Przykro mi - Wydusił z siebie.
Adam jedynie parsknął śmiechem - No tak. Przykro ci. Do zobaczenia - Rzekł, opuszczając pokój, nie zamykając za sobą drzwi. Czuł niesamowity ból w sercu, ale nie zamierzał go okazać. Pozostało czekać na kolejny ruch, decydujący o tym, dokąd zaprowadzą ich koleje losu. Tego dnia nie zamierzał prędko wrócić do Brada. Miał do załatwienia kilka innych, pilnych spraw.

piątek, 30 sierpnia 2013

Odc. 33: Demony przeszłości



Ale te tygodnie mijają! Nie zdążę się obejrzeć i już piątek :) Pewnie część z was rozpacza z powodu końca wakacji. Pocieszę Was, że mi został jeszcze miesiąc pracy, nim wrócę do nauki ^^
Tygrysek :3, Rogogon, BlackAngel, Skylar, GlamtasticGirl, Little Vampire, Glamqueen, Till, dziękuję, że naskrobałyście pokrzepiające komentarze, zawsze czytam je co najmniej dwukrotnie :) Mocno tulę na ten tydzień!
Skylar: Masz rację, tekst Undisclosed Desires ma wiele wspólnego z relacją głównych bohaterów :)
Dla moich piątkowiczów odcinek 33. Zapraszam :)

33. Demony przeszłości

Gdyby miał spisaną listę najbardziej przygnębiających miejsc w jakich gościł, szpital psychiatryczny w San Diego trafiłby do pierwszej dziesiątki.
- Ten plan nie jest aktualny. Wejście bloku E zamknęli trzy tygodnie temu.
- W takim razie zostają nam skrzydła D i F. Możemy rozważyć także przejście kanalizacją, ale to rozwiązanie nie jest rekomendowane. Nigdy nie wiadomo, czy nie trafimy na deszcz.
Ryan wziął głęboki oddech i oparł się o ścianę – Nie wniesiesz broni, musimy jeszcze przemyśleć sprawę ochrony i monitoringu.
- Wiele przed nami – Odparł Adam – Muszę poznać ten budynek. Mam wstęp tylko do hallu głównego  i korytarza z twoim pokojem.
- Przejście przez świetlicę prowadzi do kuchni. Tam mamy wstęp, kiedy dostajemy swoje zdania. Sektor za kuchnią jest wolny od kamer. Czasami krząta się tam ogrodnik. Emerytowany nauczyciel.
Lambert wpatrywał się w chłopaka. W końcu kiwnął głową.
- Mam prawo towarzyszyć ci w codziennych obowiązkach. Chodźmy na dół, zaraz będzie pora karmienia.
Adam wziął ze sobą jedynie teczkę. Szli ramię w ramię w stronę schodów. Podążyli w stronę świetlicy, gdzie Lambert został zatrzymany przez jednego z opiekunów.
- Możesz mi towarzyszyć? Czasem trudno nad nimi zapanować, a nie znaleźliśmy ludzi na zastępstwo. Wszystkim nagle zabrakło samochodów.
- Jasne, nie ma sprawy – Odparł brunet spoglądając na tworzącą się przed nimi kolejkę.
Obserwował tych wszystkich ludzi, których zmącone chemią umysły ślepo prowadziły ich przed siebie. Stali w należytym porządku, kiwając się i rozglądając dookoła, jakby spodziewali się usłyszeć upragnioną komendę. Ukłucie w sercu nie mogło zelżeć; rozumiał ten stan poczucia bezsilności i brak chęci do podjęcia walki o upragnioną wolność, z tym, że on sam zachował zdrowe zmysły.
Miłość, wyobcowanie, traumy i najzwyklejsze uwarunkowania demograficzne czy genetyczne to główne powody, dla których mieli widywać się pod dachem jednego ośrodka. Koleje losu zmusiły tych wszystkich niewinnych do życia w labiryncie, gdzie każde z ostatecznych wyjść oddzielone jest od świata grubym murem.
Oszołomienie i dziwna nostalgiczna melodia uderzyły do umysłu Adama, który ujrzał znajome uczucia na jednej z twarzy, której początkowo nie rozpoznał. Niezmącony spokój przyćmiony został niepewnym uśmiechem, oczy leniwie błądziły dookoła, szukając właściwego punktu zaczepienia. Kolor włosów, zapamiętany jako złoty brąz wypłowiał; pojedyncze, siwe pasma przeplatały się ze zgaszonym kolorem jesiennych liści. Zbliżała się, skubiąc krawędź pobrudzonego mąką i ciastem fartucha.
Adam trzymał tacę pełną medykamentów czując, że drżenie rąk przybiera na sile. Zbliżała się, a wraz z nią najtrudniejszy moment zarówno w życiu Lamberta jak i losów jego bractwa. W niczym nie przypominała siebie sprzed kilku miesięcy; dziś zdawała się być cieniem, strzępem starego prześcieradła, wrzuconego do szopy dla przybłędnych kotów. Tak jak demony wcielają się w fizyczne materie, tak teraz Przeszłość przeistoczyła się w ciało człowieka.
Stanęli przed sobą twarzą w twarz, a spojrzenia spotkały się. Obdarzyła Adama nieczułym wyrazem twarzy i omiotła wzrokiem sufit, poprawiając krawędź fartucha. Złapała za kieliszek ampułek i połknęła je, nie próbując pomóc sobie nawet szklanką wody. Kiedy utkwiła wzrok w jednym z okien, uśmiechnęła się pod nosem i bez żadnego gestu zaczęła iść w stronę szyby, za którą krajobraz nie zmienił się ani przez chwilę.
- Podaj jej to – Rzekł opiekun, sięgając ręką do kieszeni – Numery od trzydziestego pierwszego do pięćdziesiątego szóstego działają w nieco innym trybie.
- Innym trybie? – Powtórzył Adam, przyjmując na dłoń bladoróżową pastylkę. Nie przypominała żadnego ze znanych mu leków.
- Wiesz – Odparł mężczyzna – Dwie jaźnie, dwa trybiki.
Lambert zacisnął wargi, by nie pozwolić sobie na złośliwy komentarz.  Ostrożnym krokiem zbliżył się do dziewczyny, dotykając jej ramienia
- Jeszcze jedna.
Choć w pierwszym momencie zupełnie go nie poznała, tym razem żwawo odwróciła się na pięcie i skoczyła, jakby gotowała się na atak od pierwszej chwili.
- Zabrać ją! – Krzyknął opiekun, zwołując wszystkich obecnych na sali stróżów porządku. W przeciągu tych kilku sekund leżeli na podłodze; koszula Adama straciła kilka guzików w szamotaninie, której nie potrafił powstrzymać.  Para oczu patrzących na niego wyrażała nieopisany żal, który przeistoczył się w gniew i tęsknotę. Kiedy silne ramiona pary mężczyzn oderwały drobną kobietę od Lamberta, ciszę rozerwały krzyki.
- To mój mąż! Mąż! – Krzyczała w amoku, wyciągając ręce w kierunku bruneta. Ten siedział, łapczywie chwytając powietrze, czując jak zawartość żołądka przesuwa się ku górze.
- Mąż, Adam! – Wrzaski zaburzyły skoordynowaną pracę opiekunów.
- Zimny prysznic powinien pomóc  - Rzekł jeden z nich, wyprowadzając dziewczynę  przy pomocy wspólnika. Zimny prysznic równoważny był z podtapianiem w lodzie o takiej temperaturze, że na powierzchni zaczynały tworzyć się tafle lodu. Lambert nie mógł ich powstrzymać, choć zrobiłby wszystko, by nie narażać jej na cierpienie.
- Panie Harrison? – Na świetlicy pojawiła się najbardziej szanowana postać ośrodka – Proszę wybaczyć całe to zajście. Niestety nie możemy odpowiadać za wszystkie incydenty. Czy wszystko w porządku?
- Jak najlepszym – Odparł Lambert, słysząc drżenie własnego głosu – Wrócę do swoich obowiązków zaraz po przebraniu się – Dodał, wstydliwie zasłaniając nagi tors. Spiesznie skierował się w stronę hallu głównego, aż w końcu w kierunku schodów wiodących do pokoju Ryana. Przyspieszył kroku, by zamknąć się w niedużym pomieszczeniu. Zaraz po zatrzaśnięciu drzwi uderzył w nie głową, wymierzając sobie karę za wszystko, czego dopuścił się za życia.
- Wybacz mi Almo, wybacz mi… - Szeptał pod nosem, czując jak wszelkie rany na sercu otwierają się, wypuszczając na powierzchnię  soczyste krople krwi. By powstrzymać krzyk i łzy zagryzł wargi, czując bolące mrowienie. Ramiona rytmicznie unosiły się i opadały. Osunął się po pionowej linii drzwi i skulił się w sobie, skrywając uczucia pośród czterech pustych ścian.
***
- Żeby było jasne, nie jestem tutaj dla ciebie.
- Powtarzasz to od godziny.
- Jesteś jakiś przesrany.
- Och Chryste, zamknij się wreszcie.
Jane opuściła samochód wraz z Tommym. Szli ramię w ramię w stronę dwupiętrowego budynku z czerwonej cegły.
- Ile jeszcze miejsc przed nami? – Spytała, zbliżając się do głównych drzwi, nad którymi wisiał neonowy szyld.
- W tym Stanie nie więcej niż dwadzieścia pięć.
Wzięła głęboki oddech, opuszczając krótką spódnicę. Zmierzyła surowym wzrokiem starszego mężczyznę, który ochoczo kusił ją kiwaniem głowy.
- Budynek ma ponad czterysta metrów kwadratowych. Wiele światła nie ma. Musisz mieć oczy szeroko otwarte.
- Jeśli twój brat został wciągnięty siłą w takie miejsce to wierz mi, nie wyciągniemy go z łatwością, na jaką liczysz – Rzekła, spoglądając na parę rosłych ochroniarzy, pilnujących wejścia do klubu.
- Przekonajmy się, gdzie go szukać – Rzekł Tommy, podając sfałszowaną kartę, uprawniającą do przekroczenia drzwi. Kiedy weszli do środka ogarnęła ich gra łagodnych świateł, rozlewających się po czerwonych ścianach. Subtelna muzyka wygłuszała wszechobecne rozkoszne odgłosy. Pomieszczenia takie jak łazienka czy toaleta nie były podpisane. Takie miejsca na ogół żyją swoim życiem.
Tommy wodził palcami po ścianie, by nie zgubić się pośród ciemności. Korytarze były wąskie i niskie, wprawiające w poczucie klaustrofobii. Ratliff przyspieszył kroku, by rozpocząć samotny spacer pośród dziesiątek nagich ciał, spowitych we wszechobecnej orgii.
***
Tego dnia Adam skończył pracę wcześniej, niż powinien. Wytłumaczył się potrzebą wizyty u lekarza z powodu obrażeń odniesionych po utarczce z pacjentką. Otworzył drzwi taksówki, wrzucając na tylne siedzenie swoją teczkę. Zajął miejsce tuż obok i po chwili ruszyli we właściwym kierunku.
Skrył twarz w dłoniach, był roztrzęsiony. Sam nie wiedział co czuł, co powinien czuć w tej sytuacji. Pragnął obecności Tommy’ego. Jego ciepłych objęć, których zaznał jedynie kilka razy, ale to nie miało znaczenia. Z drugiej strony za wszystko mógł winić jedynie jego. Uznał, że bezpieczniejszym miejscem będzie mieszkanie Brada.
***
Po prawie godzinie spędzonej w klubie, Tommy zaczął szukać drogi wyjścia. Papierosowy dym i  ogólna atmosfera wywołały doszczętne znużenie.
- Co za chore miejsce – Mruknęła Jane, która niespodziewanie znalazła się tuż obok niego  - Żadnego tropu?
Blondyn przecząco pokiwał głową. Wsunął palce w ciasne kieszenie spodni, biorąc głębszy oddech. Chwilę później znaleźli się na zewnątrz budynku.
- To ja wracam do siebie – Rzekła Jane- Na razie.
- Czekaj – Westchnął Tommy – Dzwoniłem do hotelowego pokoju Adama, ale nikt nie obiera. Nie wiesz, gdzie może być?
- Widocznie ma powody ku temu, by zerwać z tobą kontakt.
- Nie bądź złośliwa. Muszę się z nim zobaczyć.
- Teraz się martwisz? – Parsknęła śmiechem – Daj mu żyć, póki się nie pozbiera. A jeśli faktycznie ci na nim zależy, to uspokoję cię. Jestem na bieżąco i wszystko gra.
- To powiedz mu, że… - Nerwowo przeplótł palcami kosmyki włosów – Z resztą… do zobaczenia – Mruknął pod nosem, zmierzając w stronę swojego samochodu.
***
- Alkohol czasami pomaga efektywniej niż ludzie – Powiedział z uśmiechem Brad, nalewając kolejną lampkę wina – Nie wolisz wyjść na balkon?
Lambert przecząco pokiwał głową. Wpatrywał się wciąż w jeden punkt, raz po raz biorąc głęboki oddech. Musiał przyznać, że spędzenie nocy na miękkim dywanie było jedynym planem dotyczącym przyszłości, co do którego miał pewność.
- Adam – Wyszeptał Cheeks, kucając obok bruneta – Wierz mi, gdybym wiedział, nie ukrywałbym tego. Wiem, że jest ci ciężko i trudno mi to wszystko znosić… - Rzekł łagodnym głosem, kładąc dłoń na dłoni Lamberta – Ale jesteś bezpieczny. Sam wiesz, że myśli dotyczące przeszłości są teraz zbędne. Nie przywrócisz tego, co minęło.
Brunet podniósł wzrok – Czułem się tak cholernie winny… Tak podły, niewdzięczny. Miałem wrażenie, że Alma widzi we mnie demona. Zniszczyłem kobietę, z którą dzieliłem życie. Gdybyś ją widział… - Wymamrotał, zaciskając powieki, pragnąc za wszelką cenę przywołać obraz sprzed kilku godzin.
- Myśl o tym, co jest tu i teraz – Powiedział Brad, muskając palcami miękką skórę dłoni – Możesz zostać u mnie tak długo, jak tylko zechcesz.
- Dziękuję… - Wyszeptał Lambert, pochylając się w stronę przyjaciela, by mocno go przytulić. Poczuł przyjemne ciepło rozlewające się w jego sercu, gdy uścisk został odwzajemniony. Powoli gładził przyjemny w dotyku materiał koszuli Cheeksa. Zaczął się cofać, aż ich policzki zetknęły się ze sobą. Wzajemnie poczuli przyjemnie drapiący zarost. Nadal nie mogli się zobaczyć, gdyż ich twarze znajdywały się idealnie obok siebie. Brad spuścił głowę.
- Włączyć muzykę? – Spytał półgłosem.
Adam uchylił powieki, widząc że jasne włosy, pokrywające przedramiona zaczęły się unosić. Czuł podekscytowanie, które drzemało w ciele, znajdującym się tuż obok niego.
- Nie trzeba. Wolę wsłuchiwać się w ciebie – Wyszeptał Adam, wprost do ucha Brada.
Rozległ się dzwonek do drzwi. Zupełnie go zignorowali.
- Tommy pytał, czy mamy romans.
- Co odpowiedziałeś? – Spytał po dłuższej chwili milczenia szatyn. Zacisnął wargi, czując jak zaczynają wysychać.
- Że to absolutnie niemożliwe.
- Właściwa odpowiedź – Cheeks znacząco pokiwał głową, pewniej unosząc wzrok w kierunku oczu Adama.
- Chyba się pomyliłem – Odparł brunet, zbliżając się do twarzy Brada. Przesunął nosem po jego policzku, wyznaczając drogę aż do konturu ust. Nie musiał długo czekać, aż spragniona para warg zaczęła na niego nacierać w geście pełnym niepewności i nieśmiałości. Kojąco miękkie usta składały drobne pocałunki na jego wargach, wywołując stopniowo narastający stan euforii. Zmrużył powieki, biorąc płytszy niż dotąd oddech. Odwzajemnił gest, spotykając się z zawahaniem. Oparł dłonie na biodrach Brada, pochylając się nad nim i sprawiając, że drobne ciało oparło się o kanapę. Czując, że ma pod sobą całkowicie bezbronnego chłopaka, odważył się dotknąć czubkiem języka jego warg. Brad wzdrygnął się i zachłysnął powietrzem. Nigdy wcześniej nie obcował z człowiekiem, obdarzonym taką wrażliwością na dotyk. Kimś tak pełnym niewinności, że najzwyklejsze spojrzenie było  w stanie go onieśmielić. Obie dłonie powędrowały na kark Adama, pozwalając mu na więcej śmiałości. Para oddechów uzupełniała się wzajemnie, gdy czarnowłosy podparł się krawędzi kanapy. Kiedy Brad uchylił powieki dostrzegł napięte mięśnie, które powstrzymałyby go każdą próbę ucieczki. Czuł się zniewolony i spodziewał się, że właśnie tak zareaguje na pierwszy pocałunek z człowiekiem, którego prawdziwie kochał.
- Do jasnej cholery, otwierać! – Rozbrzmiał poirytowany, kobiecy głos.
Zupełnie się nim nie przejęli. Adam otworzył oczy, cofając się na nieznaczną odległość.
- Nie zrobiłem niczego złego?
- Nie – Wymamrotał Brad, nie mogąc skupić się na własnych myślach, które wywołały burzę w jego głowie – Nie spodziewałem się…
Adam ponownie przytulił szatyna, czując bijące od niego ciepło. Zastanawiał się, jak to możliwe, że wcześniej nie dostrzegł w nim tylu pięknych cech, których inni ludzie po prostu nie posiadali.
- Otwórz, ja muszę ochłonąć – Brad uśmiechnął się pod nosem, uwalniając spomiędzy ramion Lamberta. Serce wciąż biło równie mocno co przed chwilą. Udał się w stronę korytarza.
Adam otrząsnął się i podszedł do drzwi, otwierając je na oścież.
- Słyszałem twoje rozpaczliwe krzyki.
- To nie dziwne w sytuacji, gdy jestem pewna, że właśnie tutaj się ukrywasz – Rzekła Jane – Zaprosisz mnie do środka czy mam nocować na wycieraczce?
- Wchodź… - Adam przewrócił oczami, wpuszczając dziewczynę do środka.
- Sam mnie z Bradem nie poznasz, więc postanowiłam zatroszczyć się o to i owo. Oczywiście nie przyszłam z gołymi rękami – Uśmiechnęła się, zmierzając w stronę stołu – Mam nadzieję, że wybaczycie mi nieskromność. Byłam w cholernie dziwacznym miejscu i potrzebuję waszego wsparcia. Adam, wszystko gra?
- Jasne, że tak – Odparł krótko, zajmując miejsce obok dziewczyny. Zamiast poczuć miarowo wyciszające się podniecenie po minionej ulotnej chwili, czuł jeszcze silniejsze przygnębienie, zdając sobie sprawę, że prawdziwego, choć patologicznego szczęścia potrafi zaznać jedynie u boku niewłaściwej osoby. Żywił jednak nadzieję, że ta sytuacja może się odmienić.
W końcu wszyscy jesteśmy masochistami, uciekającymi od rzeczywistości, szukającymi szczęścia tam, gdzie najłatwiej je stracić.
- Dobrze wiedzieć, że cię mam – Rzekł do Jane, wpatrując się w pełną lampkę wina. Klepanie po ramieniu ku jego zdziwieniu było wyjątkowo pokrzepiające.

piątek, 23 sierpnia 2013

32. Szpital dla dusz



Linki uzupełnione! Jeśli pominęłam opowiadanie którejś z Was, bardzo przepraszam. Upominajcie się, dodam :)

Little Vampire: Kilka odcinków temu pisałam, że planuję jeszcze ok 15. Trudno mi to przewidzieć, na pewno więcej niż dziesięć i mniej niż miał Gołąb :)

GlamtasticGirl: Hej, nie chcę mieć na sumieniu Twoich nieprzespanych nocy! :D

Till: Jestem wielką fanką Harrego ^^ łapię wszystkie hugi!


Dziękuję wszystkim komentującym! Wiem, że to wymaga czasu i zaangażowania, stąd moja wielka wdzięczność, kochane! Zapraszam Wszystkich do odcinka :)


32. Szpital dla dusz

Boję się zbliżyć, a nienawidzę być sam

Tęsknię za tym stanem, by nic nie czuć

Im wyżej się wznoszę, tym niżej upadam

Nie mogę utopić swoich demonów, one wiedzą

jak pływać.
- BMTH, Can you feel my heart?

Adam rzucił swoje rzeczy na łóżko niedużego pokoju, skąpanego w ciepłych światłach stojących lamp. Hotel z zewnątrz nie prezentował się obiecująco, ale według zapewnień miał być spokojnym oraz bezpiecznym miejscem. Lambert podszedł do okna i odchylił zasłonę. Nie zwracał uwagi na to, co dzieje się za szybą. Skupił się na chaosie, który wywołał burzę w jego głowie.
Tyle pytań i żadnej odpowiedzi. Dlaczego Alma się tam znajduje, kiedy tam trafiła? W jakim jest stanie? Miała próbę samobójczą, wpadła w depresję, oddała się w ręce ludzi, którzy pomogą jej prochami? Żaden z tych scenariuszy nie brzmi prawdopodobnie. Dlaczego nikt jej stamtąd nie wyciągnął?
- Cholera…
Z pewnością zmieniła tożsamość. Pewnie ktoś jej w tym pomógł. Ktoś…
Zacisnął wargi i spuścił głowę, opierając się ramieniem o jedną ze ścian. 
To miejsce gorsze od samego więzienia. W jaki sposób mogła się tam odnaleźć? Tamten świat nie zna litości. Nie daje prawa głosu.
- Jak mogłem stracić kontrolę nad tą sytuacją, jak mogłem to schrzanić… - Osunął się po ścianie, wplatając palce w czarne kosmyki włosów. Zacisnął powieki, a spomiędzy ust wydobył się zawodzący pomruk. 
Skąd oni o tym wiedzieli? Od kogo dowiedziała się Jane? Dlaczego, do jasnej cholery nawet Brad nie wycedził choćby słowa… Wspominał, że nie miesza się do wewnętrznych spraw, ale o Almie wiedzieli wszyscy. Wszyscy, oprócz mnie. Musiał słyszeć choćby słowo na ten temat.
Rozległo się pukanie do drzwi. Adam nerwowo podniósł głowę i wstrzymał oddech.
- To ja, Tommy – Rozbrzmiał znajomy głos.
Brunet pokiwał głową, po czym skrył ją w kolanach.
- Wiem, że tam jesteś. Nie zajmę ci wiele czasu.
Adam wstał i powolnym krokiem zbliżył się do drzwi. Nacisnął klamkę i uchylił skrzydło.
- Zakładam, że nieszczególnie masz ochotę mnie widzieć.
- Wypatroszyłbym cię gołymi rękami.
Blondyn wziął głębszy oddech – Mogę wejść?
- Po co tutaj przyszedłeś? – Odpowiedział pytaniem na pytanie Adam, opierając się ramieniem o framugę – Co chcesz mi powiedzieć?
- Nie powinienem…
- Czuję nienawiść, gdy widzę twoją twarz – Wycedził przez zaciśnięte zęby Lambert – Dostałeś ode mnie wszystko. Zaufałem ci, Tommy. Ale dla ciebie to wszystko gówno znaczy – Rzekł, zamykając drzwi.
- Czekaj – Blondyn powstrzymał go przed gestem kończącym rozmowę – Znaczy wiele. Ja wiem, że to wszystko zaszło za daleko, w niewłaściwym kierunku, ale…
Adam szerzej otworzył oczy – Zmarnowanie życia kilku osobom nazywasz niewłaściwym kierunkiem? Tu nigdy nie chodziło o mnie. Jestem dla ciebie jedynie odhaczonym numerem na liście celów do realizacji. Kto będzie następny?
Tommy po raz pierwszy tego wieczoru spojrzał Adamowi w oczy. Czuł jednocześnie wstyd i strach, choć nie okazywał żadnych emocji. 
- Chcę wiedzieć tylko jedną rzecz.
Brunet z zaciekawieniem przechylił głowę – Ja chciałbym wiedzieć co najmniej pięćdziesiąt związanych z tą sprawą. No dalej, zaskocz mnie, Ratliff.
Blondyn wziął głębszy oddech i przez chwilę wstrzymał go w płucach – Czy ty i Brad macie romans?
Adam roześmiał się głośno – Słucham? Nie masz żadnego wyczucia sytuacji. Nie, nie pieprzyliśmy się i nie zamierzamy. To tylko bezinteresowna przyjaźń, której ty nigdy nie doświadczysz. Nie wchodź mi w drogę, czeka mnie trudny dzień.
- Zaczekaj.
- Co jeszcze, do cholery?
Tommy podał Adamowi kartę – Jeśli będziesz potrzebował, korzystaj z moich pieniędzy.
- Nie potrzebuję ich.
Blondyn ze złości zacisnął zęby – Nie próbuję cię przepraszać, to mój obowiązek, jestem teraz twoim opiekunem.
- Dziękuję za wskazanie drogi życia, mój mentorze – Odparł oschle Adam, po czym zatrzasnął drzwi. 
Zegar wskazywał trzecią dwadzieścia. Świt był bliski.
***
Kris był już w drodze do domu. Obraz przed oczami stawał się coraz bardziej niewyraźny. Zmęczenie dawało mu się we znaki. 
Wjechał na podwórze swojego domu, nie dbając o zamknięcie bramy. Wysiadł z samochodu i ruszył w stronę domu.
- Katy? – Spytał, zamykając za sobą drzwi. Po drodze do sypialni zdjął buty. Odruchowo spojrzał w stronę salonu, gdzie ujrzał drobną kobietę, śpiącą na rozłożonej kanapie. Telewizor nadal był włączony. Wszystko wskazywało na weekendowy maraton komedii romantycznych.
Kris podszedł powolnym krokiem i zapalił nocną lampkę. Kucnął obok dziewczyny i pogładził jej włosy.
- Wróciłeś? – Wymamrotała, łagodnie unosząc powieki.
- Śpij, porozmawiamy jutro… - Odparł Allen, całując ją w czoło.
- Jakiś postęp w sprawie Adama i Almy? – Spytała, podpierając się na łokciu.
- Dzieciaki zaczynają rozkradać dom. Powinniśmy go wystawić na sprzedaż, nim zostaną puste ściany. Zadecydowaliśmy, że musimy zamknąć sprawę.
- Co? – Katy przechyliła głowę – Nie możesz do tego dopuścić. To takie wspaniałe miejsce, jeśli Adam kiedykolwiek się pojawi, zechce do niego wrócić…
- Mi też nie jest łatwo, Katy, ale nie jesteśmy w stanie dłużej spłacać ich kredytu. Grożą nam cięcia budżetowe, nie wiem, czy utrzymam wysokość swojej pensji.
Katy ze zrozumieniem pokiwała głową – Odłóżmy tę rozmowę na jutro. Mam dla ciebie wiadomość, która nie może czekać.
Mężczyzna uśmiechnął się i zajął miejsce na kanapie – Co to za rewelacja?
- Będziemy mieć dziecko. Jestem w dziewiątym tygodniu – Odparła z łagodnym uśmiechem.
Kris z niedowierzaniem szeroko otworzył oczy. Roześmiał się i mocno przytulił blondynkę. To były najpiękniejsze słowa, jakie usłyszał na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy.
***
Elewację budynku tworzyły czerwone cegły. Ogrodzone podwórze pełne było barwnej roślinności. Nad kamiennymi schodami wysiał szyld pisany prostym krojem pisma.
Szpital psychiatryczny San Diego.
Adam poczuł jak zawartość jego żołądka powoli przesuwa się ku górze. Przycisnął dłoń do ust.
- Wszystko w porządku panie Harrison? – Spytał taksówkarz, parkując przed główną bramą.
- Tak, wszystko gra… - Wycedził Adam, zostawiając na desce rozdzielczej kilka banknotów. Spojrzał w lusterko; długie, brązowe włosy związane w kucyk i ciemny zarost czyniły go znacznie starszym niż był w rzeczywistości. Uważał, że kamuflaż na bazie peruki i nie golenia twarzy należy do banalnych rozwiązań, ale według Samuela to najlepsza obrona przed ujawnieniem wizerunku. Komu ufać bardziej niż przywódcy prawdopodobnie największej grupy przestępczej, działającej na terenie Stanów Zjednoczonych?
Wysiadł z samochodu i wziął głębszy oddech. Ławki zajęte były przez pacjentów oraz ich opiekunów. Najbardziej obawiał się chwili, w której ujrzy Almę, a jeszcze bardziej tego momentu, gdy zostanie przez nią rozpoznany.
Ruszył w stronę głównego wejścia, mijając personel. Przy drzwiach powitała go młoda kobieta.
- Dzień dobry.
- Dzień dobry – Rzekł z czarującym uśmiechem – Justin Harrison. Jestem opiekunem Ryana, przydzielonym z ramienia sądu karnego.
- Za mną, proszę – Odrzekła, zmierzając w stronę schodów.
Wszędzie panował ciężki zapach wilgoci i nieświeżego mięsa. Kurz zalegał na każdej barierce i szafce, rzucony na drewniane deski dywan pokrył się skorupą ciemnego błota. Adam podążył za dziewczyną, starając się nie tracić uwagi. Weszli na pierwsze piętro i zbliżyli się do drzwi oznaczonych numerem 215.
- Proszę wejść.
Adam zapukał i po chwili nacisnął klamkę. Ujrzał przed sobą dojrzałą kobietę ubraną w fioletową garsonkę. Gęste pukle włosów upięte były w kok, a na nosie opierała się para okularów.
- Pan Justin Harrison, jak domniemam? – Spytała, wstając ze swojego miejsca. Wyciągnęła rękę w kierunku Adama. Czarnowłosy uścisnął łagodną dłoń i uśmiechnął się pod nosem.
 - W rzeczy samej.
- Ryan zaszedł za skórę ostatniemu opiekunowi. W Panu nadzieja.
- Powinienem wypełnić dokumenty, zgadza się?
Kobieta przecząco pokręciła głową – Zaledwie trzy podpisy. Wszystkie dokumenty dostaliśmy od zakładu karnego z San Diego.
Jasna cholera, Hummingbirds potrafią zadbać o najdrobniejszy szczegół.
- Ryan ma swój pokój na górnym piętrze. Tam znajdują się pacjenci, którzy na co dzień przebywają w więzieniach i aresztach. Piętro jest strzeżone przez parę strażników. Numer 469. Proszę nie zapomnieć identyfikatora – Rzekła, kładąc go na biurku – Powodzenia, Panie Harrison.
Adam z uśmiechem pokiwał głową, sięgnął po identyfikator i opuścił pomieszczenie. Otarł pojedyncze krople potu, które zrosiły skórę jego czoła. Czuł się jak obnażony głupiec i przestępca, który wkracza pośród ludzi, gotowych za wszelką cenę zniszczyć jego życie. Żwawym krokiem ruszył w stronę schodów, mając nadzieję, że nie natknie się na Almę. Widział ją niemal w każdej kobiecie niskiego wzrostu i drobnej postury. W głębi serca był śmiertelnie przerażony. Przyspieszył kroku, by jak najszybciej znaleźć się w pokoju Ryana. Sięgnął po klucz do jednej ze swoich kieszeni.
Strażnicy bacznie mu się przyglądali, dopóki nie wkroczył do pokoju.
- Mogę nazywać cię Mesjaszem? – Rozbrzmiał niski ton głosu. Drzwi zatrzasnęły się momentalnie.
Ryan był podobnego wzrostu, co Adam. Wszelkie odsłonięte fragmenty ciała pokryte były siatką tatuaży, wyłączając jedynie twarz i fragment szyi.
- Czeka nas poważnie trudna lekcja – Odparł cicho Adam, wyjmując z walizki plik dokumentów.
- Nie rozpakowuj się. Za dziesięć minut  będą nas faszerować prochami.
Lambert przeniósł wzrok na chłopaka – Wiesz, czym was karmią?
-  Sylpiryd rano, diazepam i zoloft po południu.
Adam szeroko otworzył oczy – Przecież takie połączenie robi wodę z mózgu. To niedopuszczalne.
- Ich jest dwudziestu, nas stu pięćdziesięciu.  Jak najłatwiej poradzić sobie z takim stadem wariatów? Zaćpać ich. To i tak lepsze od elektrowstrząsów i kąpieli w wodzie z lodem.
- Te metody zniesiono w latach osiemdziesiątych.
- W takim razie tutaj czas się zatrzymał – Odparł Ryan, opierając się o jedną ze ścian – Muszę się przygotować do spotkania. Przyjdź jutro o dziesiątej. Zaczniemy planować naszą drogę.
Adam znacząco pokiwał głową. Wrzucił pliki do teczki i wstał podając rękę Ryanowi.
- Nowy tu jesteś. Pierwsze zadanie?
- Można tak powiedzieć – Odparł Adam – Nie zawiodę. Mam doświadczenie.
- Jako złodziej?
- Jako detektyw i psychoterapeuta – Rzekł Lambert, widząc zmieszanie na twarzy chłopaka.
- Jezu Chryste –Ryan wstał ze swojego miejsca – Nie wystraszyłeś naszych?
Adam machnął ręką – Ten temat został już dawno zamknięty. Właściwie przez waszą grupę straciłem każdy możliwy status.
Ryan pokiwał głową – Powiedziałbym, że mi przykro, ale każdy musi nosić swój krzyż.
- Sądziłem, że będziemy dziś rozmawiali kilka godzin.
- Przyjdź jutro. Wiesz już jak wygląda budynek i które miejsca lepiej omijać. Im mniej mówisz, tym lepiej. Będę czekał o dwunastej.
- Nie spóźnię się, masz to jak w banku. Do jutra, Ryan – Rzucił spiesznie Adam, opuszczając pomieszczenie. Zdecydowanym krokiem ruszył w stronę schodów i zbiegł z nich najszybciej, jak tylko potrafił. Korytarze były całkowicie puste i to przerażało go jeszcze bardziej. Jeżeli pospieszy się, minie świetlicę jeszcze przed porą karmienia.
Wyszedł drzwiami ewakuacyjnymi i zwolnił kroku. Zacisnął powieki, czując chłodne powietrze na swojej twarzy. Po chwili obezwładniło go uderzenie w okolicy lędźwi; zgiął się w pół, odwrócił prędko i cofnął na kilka kroków.
 - Wiem, czym ty jesteś – Starsza kobieta szła w jego kierunku. Jej ciało trzęsło się i drżało, jakby parzone żywym ogniem – Zapłacisz za swoje grzechy, niewierny… pomazaniec… - mamrotała pod nosem, trzymając w dłoni narzędzie zbrodni – grubą gałąź, której koniec opadł na ziemię. Brunet przyspieszył kroku na drodze do głównej bramy. Taksówka jeszcze nie odjechała.
***
Opadł na fotel, trzymając w ręku pełną butelkę wódki. Wziął głęboki oddech, ocierając spocone czoło. Gdy tylko zdołał zmrużyć powieki, rozległo się pukanie do drzwi. Nie zareagował; starał się wyciszyć swój oddech.
- Hej, tu Jane! Musiałam wyciągać adres od tego dupka dobre pół godziny, więc bądź na tyle łaskawy i otwórz mi!
Przeklął pod nosem i ruszył w stronę drzwi, spełniając prośbę dziewczyny – Jest już późno…
- Nie szkodzi – Odparła, trzymając dwie papierowe torby – Niedługo kości policzkowe przebiją ci skórę. Może nie jesteś fanem azjatyckiej kuchni i niezdrowego żarcia, ale musisz żywić się czymś więcej niż konserwami.
Adam roześmiał się pod nosem – Zrobiłaś dla mnie zakupy? Po co?
- Niektórym jeszcze na tobie zależy, weź to pod uwagę.
Zmrużył powieki, opierając się o ścianę. Wcisnął dłonie w kieszenie spodni – Przysłał cię tutaj Tommy, przyznaj.
- Oszalałeś?
Wzruszył ramionami – Nie widzę powodu, dla którego… - Obserwował jak zmierza w jego kierunku – Miałabyś odwiedzać mnie z…
- Za dużo pijesz.
- Sama ledwo trzymasz się na nogach – Odparł z uśmiechem – Nie powinnaś chodzić sama. To nie jest najbezpieczniejsza okolica  - Podszedł do aneksu kuchennego, by wyjąć sztućce.
- Ale dziś chyba nic mi nie grozi? – Spytała, przechylając głowę – Chciałabym poznać Brada. Powinniśmy go odwiedzić. Wygląda na świetnego gościa.
Brad. On jeszcze o niczym nie wie.
Adam westchnął głośno – Dziś oczekuję jedynie ciszy i spokoju. Z resztą… nim cię z nim zapoznam, będziemy musieli odbyć długą rozmowę na osobności.
Brunetka zatrzymała wzrok na poziomie oczu Lamberta – Ty i Bell? Mam nadzieję, że szybko to załatwisz.
Mogłabyś wyjąć… - Kiedy odwrócił się, Jane stała tuż przed nim. Zaniemówił, bawiąc się parą noży.
- Skaleczysz się – Rzekła, powoli sięgając ręką ku jego dłoni – Z resztą nie będą ci już potrzebne.
Adam wziął swoją torbę i wyciągnął z niej pudełko pełne makaronu z mięsem. Powoli zmierzał w stronę łóżka.
- Co robiliście z Bradem przez tyle czasu?
- Załatwialiśmy swoje sprawy, rozmawialiśmy, piliśmy.
- Sprzedajesz mi wersję oficjalną? – Jane po chwili dołączyła ze swoją porcją chińszczyzny.
Lambert pokręcił głową – A jak według ciebie brzmi wersja nieoficjalna?
Brunetka wzruszyła ramionami – Oglądaliśmy seriale, pieprzyliśmy się pod gwiazdami, podbiliśmy świat.
Roześmiał się pod nosem – Nic z tych rzeczy.
- Żałujesz?
Uniósł wzrok i omiótł nim pokój.
- Smacznego – Rzekł, urywając temat.