niedziela, 17 listopada 2013

Odc. 44: Synowie



Dziękuję za pokrzepiające komentarze! Dziś dla Was nieco dłuższy od pozostałych odcinek :) Moc buziaków i uścisków!

44. Synowie

Milczenie towarzyszyło im od kilku minut, które zdawały się trwać wieczność. Adam gładził jasne kosmyki włosów, przenosząc wzrok z oczu na usta i z powrotem. Odczuwał dziwny stan, którego nie potrafił zdefiniować. Czuł się jak dziecko, które nie potrafi rozwiązać skomplikowanego zadania matematycznego. Zacisnął wargi, próbując zaczerpnąć głębszego oddechu. Zatrzymał powietrze w płucach, powoli mrużąc oczy.
Ciszę przerwało miarowe pukanie do drzwi kaplicy.
- Za trzy minuty zostaniecie odprowadzeni. – Rzekł Kris, spoglądając na zegarek.
Adam ucałował miękkie usta blondyna – Mam nadzieję, że niedługo znów się zobaczymy.
- Na pewno. – Odparł Tommy, próbując wstać. Nie chciał mówić zbyt wiele. Od tygodni przepełniały go obawy dotyczące ucieczki, próby przeżycia w więziennych murach. Nie miał z kim ich dzielić i dla dobra Adama postanowił milczeć.
- Wyjdę pierwszy. – Rzekł szeptem, spiesznie się ubierając. Podszedł do Lamberta, dzieląc z nim mocny uścisk. Chwilę później opuścił chłodne miejsce, pozostawiając czarnowłosego sam na sam z ogromem sprzecznych myśli. W momencie, gdy skończył zakładać koszulę, do pomieszczenia wszedł Allen.
- Zasłużyliście na Alcartaz.
- Na nasze szczęście zakład jest już nieczynny. – Odparł Adam, wsuwając ręce do kieszeni.
Kris wziął głęboki oddech i przewrócił oczami – To był ostatni raz.
- Sam na to pozwoliłeś. – Odparł Adam, gubiąc wzrok między witrażami – Powinienem być ci wdzięczny.
Allen przyłożył dłoń do czoła – Nie spodziewałem się, że dojdzie do…
- Stało się. – Uciął Adam – Odprowadź mnie do celi.
***
- Wszystko brzmi jak cisza przed burzą. – Rzekł Nut, siedząc na krawędzi wąskiego łóżka. Hotel z całą pewnością miał znacznie niższy standard niż poprzednie miejsca, w których zazwyczaj nocował.
- Zaskoczę cię, jeśli powiem, że w moim życiu brakuje przewrotów i rewolucji? – Odkrzyknęła Jane.
- Z pewnością… - Odparł Nut, zsuwając z ramion bluzę. Pozbył się również koszulki i podszedł do szafki, by znaleźć choćby jeden czysty ręcznik. Zwrócił wzrok ku brunetce, która opuściła łazienkę. Jej ciało otulone było krótkim, puchowym szlafrokiem, a długie, wilgotne włosy przyklejały się do jej policzków oraz szyi. Kroki stawiała z lekkością, jakiej brakowało jej za dnia.
- Co się tak gapisz? – Parsknęła śmiechem – Już wolne.
Nut z zawstydzeniem odwrócił wzrok – Nie, nic. – Mruknął, przeszukując puste półki. Zamknął szafę.
- Trenujesz?
- Co? – Odwrócił się, zawieszając ręce na biodrach.
Jane zaśmiała się pod nosem – Jesteś naprawdę uroczy. Pytam, czy ćwiczysz. – Dodała, kiwając głową.
- Trochę. Wiesz, Jane… - Zawahał się nad pytaniem – Mógłbym odwiedzić brata?
- Zastanawiałam się nad tym, ale chyba muszę ci odmówić. Tommy może mieć jedno widzenie w miesiącu. W najbliższym czasie muszę się z nim zobaczyć i omówić najbliższe plany. Przyrzekam ci, że zdążysz się nim nacieszyć – Rzekła, ze szczerym uśmiechem. Przeniosła wzrok na łóżko – Mam nadzieję, że się zmieścimy.
- To śpimy razem? – Spytał z przejęciem w głosie.
- Zawsze możesz wybrać balkon. – Odparła z rozbawieniem.
***
Silny strumień zrywa brzegi
Niespokojnych łąk
Ciszy łaknących, zielenią traw…

Kropla tuszu spadła na pożółkłą kartkę. Adam zatrzymał końcówkę pióra w powietrzu, zastanawiając się, jak powinien zabrzmieć kolejny wers. Nie potrafił opisać miotających nim emocji. Odtwarzał w pamięci każdą minioną sekundę, dzień, w którym uwierzył w szczęście na nowo. Nigdy wcześniej nie czuł się tak żywy, jak w momencie, gdy ponownie mógł wziąć w ramiona tego drobnego, znienawidzonego przez świat chłopaka. Podniósł głowę, gdy cienie zaczęły malować niewyraźny rys postaci na ścianach jego celi.
- Adam Lambert? – Przeczytał z kartki młody chłopak – Widzenie w hallu głównym.
- Przecież kolejne mogę mieć najwcześniej za dwa tygodnie…
- Widocznie ma pan większe przywileje niż reszta więźniów. Z resztą to chyba wyjątkowa sytuacja. Proszę za mną. – Rzekł, otwierając drzwi. Adam wyszedł na korytarz, osłaniając się przed ostrym, białym światłem. W duchu modlił się, by tylko nie trafić na Krisa.
- Podobno pan tu pracował? – Spytał młody strażnik, który ukrywał swoje podekscytowanie.
- Tak. – Odparł Adam, po czym zmarszczył brwi – Inni o tym mówią?
- Nie, w więzieniu raczej nie.
Bicie serca nagle przyspieszyło, a brunet poczuł, że traci oddech.
- W takim razie skąd…
- Z mediów.
- O Boże. – Jęknął czarnowłosy, przykładając rękę do czoła – Nie, nie, nie pójdę tam.
- To konie…
- Nie! Chcę wrócić…
Ze swojego gabinetu wyszedł Allen, ściskając w ręku teczkę z dokumentami.
- Co się dzieje? – Spytał surowym tonem.
- Dzwoniłeś do telewizji? – Szepnął głośno Lambert, powstrzymując dzieciaka przed zakuciem się w kajdanki – Dzwoniłeś czy nie?! – Wrzasnął, wzbudzając zainteresowanie pozostałych więźniów.
- David, zostaw nas samych. – Powiedział łagodnie Allen, zbliżając się do przyjaciela – Przyrzekam ci, że tego nie zrobiłem. Nikt mnie nawet o tym nie poinformował.
- Wiesz, kto na mnie czeka?
- Nie wiem. Pójdziemy razem?
Adam zacisnął wargi, opierając czoło o ramię przyjaciela. Poczuł jego dłonie na swoich plecach.
- Ciągle masz przeze mnie problemy.
- Nie myśl o tym. – Odparł cicho Kris – Zawsze działaliśmy wspólnie, pamiętasz? Wyciągnę cię stąd. Przyrzekam ci, że kolejną gwiazdkę spędzisz…
- Z rodziną? Z żoną? No, z kim? – Spytał, cofając się na krok – Dla mnie nie ma już szans, w żadnym ze światów, na którym przyjdzie mi żyć. Wolę być tutaj, z tobą, z ludźmi, którzy byli mi bliscy.
- Z Tommym. – Dodał Kris, zawieszając ręce na biodrach – To wszystko dla niego, tak? Adam, musisz myśleć o sobie.
- Nie potrafię. – Syknął Lambert – Chcę tu zostać.
Z gabinetu wyszła ciemnoskóra policjantka – Adam, twoi rodzice czekają.
- Nie dam rady…
- Przesunąć to widzenie? – Spytał Kris – Adam, słyszysz mnie? Adam!
***
Miasto, choć nieduże miało swój niepowtarzalny urok. Tanie neony biły wprost w okna podrzędnego hotelu. Chłopak uniósł kąciki ust, wpatrując się w pełne gwiazd niebo.

- Tommy, chyba umieram… - Wyszeptał dziewięciolatek, przykładając dłoń do czoła.
- Daj spokój, to tylko grypa. – Odrzekł blondyn, siadając przy swoim łóżku – Wziąłeś tabletki?
- Tak…
Ratliff przyłożył dłoń do czoła chłopaka, sprawdzając jego temperaturę – Nie jest najgorzej. Chodź pod prysznic, zimna woda dobrze ci zrobi.

Wspominał swojego brata. I ku jego zdziwieniu były to pozytywne wspomnienia. Ciepłe, pełne uczuć.

- Północ? Miałeś być dwie godziny temu. Gdzie się podziewałeś? – Spytał Tommy, wstając z kanapy. Rzucił gazetę na łóżko.
- Byłem u koleżanki.
- U koleżanki? A co to za… koleżanka? – Spytał, zakładając ręce na klatce piersiowej.
- Ze szkoły… - Odparł Nut, zrzucając z ramion plecak.
- Jesteś jeszcze dzieckiem, a ja biorę za ciebie odpowiedzialność. – Rzekł Tommy – A tak swoją drogą, dobrze się uczy ta koleżanka?
- Same piątki. – Uśmiechnął się Nut, zmierzając w stronę swojego pokoju.

- Jest chyba trzecia nad ranem… - Mruknęła Jane, siadając na łóżku. Przetarła zmęczone powieki – Chodź do łóżka.
Chłopak zbliżył się, siadając na krawędzi posłania.
- Myślałaś kiedyś o tym, że przeszłość zawsze wypada lepiej w zderzeniu z teraźniejszością?
- Chyba za dużo myślisz… - Odparła, kładąc dłoń na ramieniu chłopaka. Poczuł elektryzujący dreszcz, który wstrząsnął jego ciałem.
- Chciałbym spotkać się z Tommym. Poznać go na nowo.
- Będziesz miał okazję. – Rzekła, gładząc jego delikatne ramię – Był dla ciebie dobry?
- Jak nikt inny.
- Nie wygląda na takiego…
- Każdy próbuje przystosować się do otaczającej go rzeczywistości, co nie? – Uśmiechnął się ponuro, przenosząc wzrok za okno, gdzie gwiazdy żegnały ciężki granat nieba.
***
Adam postanowił przekroczyć próg pokoju widzeń. Widok matki oraz brata wzmógł w nim bezgraniczne poczucie winy, które znalazło ujście w słonych łzach. Zatrzymał się w połowie drogi przykładając dłoń do ust. Chciał się cofnąć, jednak niewidzialna siła rozkazała mu stać.
- Jesteś taki chudy i blady… - Wymamrotała Leila, ignorując spływające z jej oczu łzy. Podeszła do syna, przytulając go z całych sił – To cud, cud, że żyjesz. Policja sugerowała nam, żebyśmy wyprawili ci pogrzeb… boże… - Zaczęła cicho łkać, kryjąc twarz w ramionach Adama. Bracia utrzymywali kontakt wzrokowy. Neil wyglądał na zaskoczonego, poruszonego i zdenerwowanego, lecz mimo tego zbliżył się do Lamberta, łącząc się z nim oraz z matką w silnym uścisku.
- Zawiodłem was.
- Nie mów tak… najważniejsze jest to, że żyjesz.
- A co z ojcem? – Spytał brunet, mierząc wzrokiem Neila.
- Nie mógł przyjść… - Odparł chłopak, kładąc dłoń na ramieniu Adama – Potrzebujesz adwokata?
- Nie, na wszystko jest jeszcze za wcześnie. Kris bardzo mnie wspiera, spełni każdą moją prośbę.
- Kris… ten z osiedla naprzeciwko? – Spytała Leila, łapiąc syna za ręce i cofając się na krok – To dobry chłopak. Uprzejmy, pamiętam go… Co się dzieje z Almą?
- Wszystko dobrze. – Odparł Adam, czując jak ucisk w gardle pozbawia go swobody w wypowiadaniu kolejnych słów.
- Kto cię w to wplątał, kochanie? – Wymamrotała Leila, wyczekująco wpatrując się w twarz Adama. Nie potrafił przed nią kłamać. Pamiętał, że nawet w szczenięcych latach czuł podświadomy obowiązek mówienia prawdy.
- To tylko moja wina. Nikt nie może mnie usprawiedliwiać.
- Zawsze przy tobie będziemy. – Rzekł z trudem Neil. Adam rozumiał, jak wiele musiało go kosztować wypowiedzenie tych słów. Zwrócił wzrok w kierunku drzwi, które minęła Jane. Wziął głębszy oddech, pragnąc ją zawołać, jednak w ostatniej chwili przypomniał sobie, że nie może tego zrobić. Dziewczyna jedynie obrzuciła go krótkim spojrzeniem i usiadła przy stole, do którego podszedł Tommy.
Co? Jak to możliwe? Przecież przypada jedno widzenie na miesiąc. W jaki sposób dostali kolejną szansę?
- Adam, gdybyś wiedział, co przeżywaliśmy przez cały ten czas…
O czym rozmawiają? Wytężył słuch, próbując usłyszeć choćby kilka słów.
- Jak się czujesz? Jesteś zdrowy? Nie możemy się doczekać, kiedy znów będziesz w domu. Zadbamy o wszystko.
Wychodzą?! Dokąd? Dlaczego Jane może opuścić tę salę? Policjant idzie z nimi? Co się dzieje, do cholery? Odwrócił wzrok za trójką, przekraczającą drzwi niedostępne dla gości.
- Adam, jesteś z nami? – Spytała zaniepokojona Leila, gładząc ramię syna.
- Przepraszam, muszę z kimś porozmawiać… kocham was… - Rzucił Lambert, szybkim krokiem wybiegając z sali widzeń. Unikając zmierzającego ku niemu strażnika wpadł do gabinetu Krisa.
- O co chodzi z Tommym?
- Nie powinieneś przychodzić tutaj bez opiekuna. – Odparł Allen, wstając zza biurka – Jego dziewczyna jest w ciąży.
Nie potrafił zdefiniować swoich uczuć. Usiadł na krześle, skrywając twarz w dłoniach, a Kris ukucnął przy nim, zwalniając z obowiązków mężczyznę w mundurze, który wszedł do pomieszczenia.

poniedziałek, 11 listopada 2013

Odc. 43: Na miłość boską

Witajcie! Na początek trochę miłych formalności :)


  • Dodałam nową listę „Blogi autorskie”. Pomysł powstał w wyniku prośby ~My Life. To wasze blogi, które dotyczą innych treści niż opowiadania.
  • Dodałam także listę moich opowiadań, by zaoszczędzić szukania :)
Odcinek dodaję z opóźnieniem, zdarzył się przykry wypadek losowy i nie byłam w stanie skupić się na pisaniu, ale wszystko wraca do normy.

Dziękuję za komentarze, w tym tygodniu posypała się ich fala! Kropeczka, na imię mam Ada :)

Koniec gadania! Czytajcie, ptaszyny :)

43. Na miłość boską

Jane zwykle budziła się około godziny szóstej rano. Tym razem nie było inaczej; otworzyła oczy, widząc przed sobą Nuta, który wpatrywał się w jej oblicze.
- Jezu, dzieciaku. – Mruknęła – Przerażasz mnie. Jak się spało? – Spytała, przeciągając się na fotelu kierowcy.
Chłopak wzruszył ramionami – Nie było najgorzej.
- Dlaczego Nut? – Spytała, zawieszając ręce za zagłówkiem – Pewnie twardy z ciebie orzech do zgryzienia, co?
Uśmiechnął się nieśmiało, przenosząc wzrok na puste pole – Można tak powiedzieć.
- W skrócie sprawa wygląda następująco – Rzekła Jane, opuszczając szyby samochodu – Twój brat trafił do pierdla wraz z moim przyjacielem. Zależy mi, by opuścili to miejsce czym prędzej.
- Co? – Nut z niedowierzaniem pokręcił głową – Ty chyba nie mówisz poważnie.
- Czy wczoraj również nie mówiłam poważnie, gdy obiecałam ci, że pożegnasz się z burdelem?
- Ale… - Westchnął, próbując poskładać myśli – Po co to wszystko? Dokąd teraz pojedziemy? Mam być na twoim utrzymaniu?
- Chyba sprzedam cię Bradowi. – Rzekła i roześmiała się, gdy ujrzała w oczach chłopaka przerażenie – Spokojnie, ten facet nie skrzywdziłby muchy. Ma świetne mieszkanie, dobrze gotuje, jest niesamowicie uroczy… Myślę, że mógłby ci się spodobać.
- Ale mnie interesują kobiety. – Odrzekł z dozą niepewności Nut, wpatrując się w brunetkę.
- Och… Wybacz, nie wzięłam tego pod uwagę. – Odparła ze zmieszaniem – Co nie zmienia faktu, że pozwoli ci u niego zamieszkać. Urodził się, by rozsiewać dobro. Na razie będziesz mieszkał ze mną. Na ogół sypiam w hostelach, więc nie powinieneś narzekać. – Powiedziała ze szczerym uśmiechem.
- A…Tommy? – Uniósł wzrok – Mówił coś na mój temat?
                - Nie. – Rzekła Jane  - Ale nie powinieneś się tym przejmować. Jest dość specyficznym człowiekiem, jeżeli mówi to tylko w obcym języku. Wariat. Dlaczego w ogóle wasze drogi się rozeszły?
- Nie potrafiliśmy znaleźć złotego środka. Ja… - Zawahał się, spoglądając przez szybę – Ja czułem, że mam u stóp cały świat i to pociągnęło mnie na dno.
- Wiesz… - Odparła, łagodnie pochylając się w jego stronę – Każdy z nas w pewnym momencie sięga dna. Twój brat właśnie jest katowany w swojej celi. Jego facet również. Żyją pod jednym dachem, ale nie mają szans na to, by zamienić ze sobą choćby słowo. Nie wiem, przez co przechodziłeś, ale…
- Przez masę popieprzonych rzeczy. – Odparł, podnosząc na nią wzrok – Przez studium, dla którego piekło jest jedynie przedsionkiem innego świata.
- Tak mi przykro, Nut… - Rzekła, wyciągając ku niemu dłoń – Jak właściwie się nazywasz?
- Mów mi tak, jak dotąd.
- Nie masz złych skojarzeń? – Spytała, gładząc jego aksamitny w dotyku policzek.
- Nie, kiedy ty je wypowiadasz. – Odparł cicho, spuszczając wzrok.
Jane wpatrywała się w jego zmęczone oblicze, które próbował skryć za parą swoich dłoni.
***
Wczesne popołudnie nie zwiastowało najlepszej pogody. Około godziny czternastej Tommy wyszedł na spacerniak, by zaczerpnąć chłodnego, rześkiego powietrza. Wiatr zmierzwił jego jasne włosy, rozrzucając je w różnych kierunkach. Chłopak rozejrzał się dookoła, poszukując wzrokiem tego, którego pragnął zobaczyć już od dwóch tygodni. Tęsknota wysysała z niego życie, ujmując wszelką motywację do podjęcia jakichkolwiek działań. Usiadł na schodach blisko murów budynku i wyjął z kieszeni drobny, tępy ołówek oraz skrawek kupionej kartki. Zaczął rysować myśl, która krążyła mu po głowie od kilku dni. Splecione w modlitewnym geście dłonie…
Jesteś taki fascynujący. Z każdą kolejną godziną czuję, jak niewidzialna siła odbiera mi moc, której zawsze miałem pod dostatkiem. Samotność, na którą zostałem skazany w końcu rozerwie mnie na strzępy…
Zacisnął mocniej powieki, obawiając się, że do jego oczu napłynął łzy. Nie mógł sobie na to pozwolić.
Adam, gdybym tylko wyznał ci…
- Sam? – Zawołał jeden z mężczyzn, wyrywając z rąk Ratliffa kartkę – Lubimy nielegalne zagrywki?
- Oddawaj to, sukinsynu… - Syknął Tommy, wstając ze schodów. Za plecami mężczyzny dojrzał pozostałych, który nie zamierzali znieść oporu.
- Dwie paczki fajek i jesteśmy kwita. – Rzekł brunet, wpatrując się w ilustrację – Co to za wiadomość?
- Nie twój zasrany interes. – Warknął blondyn i nim zdołał powiedzieć kolejne słowo padł na ziemię, zdominowany ciosem w twarz. Zasłonił ją ramieniem, gdy usłyszał głośny krzyk jednego z policjantów.
Pamiętał, gdy przybył tutaj po raz pierwszy. Inni więźniowie darzyli go szacunkiem i protekcją. Odkąd przybył tutaj z Adamem i w oczach ludzi stał się zdrajcą, zaczął być bity, poniżany i każdego dnia równany z ziemią. Jego ciało zaczynało stawać się mapą przebytych dróg cierpienia.
- Co tu się dzieje? – Spytał Kris, podchodząc do chłopaków.
- Ten śmieć próbował kopsnąć komuś wianek. – Rzucił jeden z recydywistów, gdy policjant zakuwał go w kajdanki. Chłopak szarpnął rękę, rzucając w stronę bruneta wymięty kawałek papieru.
- Do izolatki z nimi. – Rozkazał Allen, ściskając w dłoni małą kartkę. Ukucnął obok Ratliffa – Hej, wszystko gra?
- Pieprzę ten cholerny obóz… - Syknął Tommy, siadając na żwirze – Tutaj nie ma normalnych ludzi. Każdy potrafi skopać i sponiewierać, tylko w ten sposób da się rozmawiać.
Allen wziął głęboki oddech, odwracając na moment wzrok. Złożył dłonie, przeplatając między palcami skrawek papieru. Zerknął na niego, marszcząc po chwili czoło.
- Domyślam się, że miało to trafić do Adama?
Tommy nie odpowiedział. Spojrzał za siebie, widząc ginące we mgle postaci policjantów.
- Modlitwa? – Spytał brunet – Nie wyglądasz na pobożnego.
- Kris… - Szepnął Tommy, wstając z ziemi – Muszę się z nim zobaczyć.
- To wykluczone. – Odparł surowo Allen – Macie zakaz zbliżania się do siebie. Nawet gdybym chciał wam pomóc, powstrzymuje mnie prawo.
- Ale nie możesz odmówić nam prawa do modlitwy. – Odparł Tommy, a na jego twarz mimowolnie wstąpił irytujący uśmiech – Mam rację?
- Niestety. Masz rację. – Odparł półgłosem brunet – Pomyślę, co z tym zrobić. Żadnego grypsowania Tommy, bo będę zmuszony wsadzić cię do kabaryny. Wynoś się do kaplicy, właśnie została otwarta.
- Pójdź mi na rękę chociaż raz w życiu. – Rzekł Tommy, wycofując się w stronę głównych drzwi, gdzie czekała na niego para strażników.
Brunet wziął głęboki oddech i odgarnął z czoła ciemne kosmyki włosów. Rozejrzał się dookoła i cicho przeklął pod nosem. Nie wiedział jaka relacja łączy tych dwojga i nie zamierzał naciskać na Adama, by się o tym przekonać. Wyznaczył sobie cel, jakim było zniszczenie Ratliffa, a teraz rozważał nad słusznością czynu, do którego dokonania poniekąd był zmuszony. Powolnym, pełnym zawahania krokiem skierował się w stronę budynku i wracał do swojego bloku. Wcisnął wymięty kawałek papieru do kiszeni. Czuł, że zaczyna tracić oddech, gdy mijał celę Adama. Zatrzymał się przy niej, zaciskając palce na kratach.
- Lambert? – Szepnął głośno, stukając kluczem w obszczerbiony metal – Podejdź.
Adam zwlókł się z łóżka i powolnym krokiem zbliżył się do przyjaciela – Chyba nie jesteś w najlepszym nastroju?
Mężczyzna spuścił głowę i zamyślił się na moment. Pokiwał nią, z trudem unosząc wzrok.
- Jesteś wierzący? – Spytał, choć jak sądził znał odpowiedź na to pytanie. Adam nigdy nie chodził do kościoła, ani razu nie wspomniał o ślubie. W myślach błagał, by odpowiedź brzmiała „nie”, a on sam z triumfalnym uśmiechem oznajmiłby Tommy’emu, że na dzisiejszą modlitwę może udać się jedynie sam.
- Tak. – Odparł Adam. Kierował się przy tym jedynie nadzieją, że wierzącym będzie łatwiej odnaleźć się pośród nowej rzeczywistości. Cofnął się na krok, gdy Kris przeciągnął kartą magnetyczną we wskazanym miejscu. Nie wypowiedział ani słowa.
- Coś nie tak? – Adam założył ręce na piersi.
- Wychodź. Masz okazję odpokutować. – Rzekł cicho Allen, starając się nie patrzeć w stronę Lamberta. Wiedział, że nie powinien tego robić, nie powinien dopuścić do zakazanego spotkania, ale pragnął uszczęśliwić przyjaciela, choć tak drobnym gestem.
Szli głównym korytarzem, ignorując docinki innych więźniów. Adam podejrzliwie spoglądał w stronę Krisa.
- Tak między nami, jak wygląda przepływ informacji pomiędzy tobą a naszym psychofriend? Dostałeś od niego jakieś wiadomości?
- Nie. – Odparł Adam.
- Mam nadzieję, że mówisz prawdę. – Mruknął Kris, otwierając drzwi kaplicy – Niech odpuści ci grzechy.
Lambert zacisnął wargi, spuszczając wzrok. Wszedł do kaplicy, a jego serce zabiło radośnie.
- O Boże. – Szepnął bezgłośnie, czując, że traci oddech. Tommy natychmiast odwrócił się w jego stronę, czując jak nogi zaczynają odmawiać mu posłuszeństwa. Adam podbiegł do chłopaka, biorąc go w ramiona. Wszystko było tak nierzeczywiste; dotyk jego ciała, cichy szept, mocny uścisk.
- To wszystko nie tak… - Zaczął Tommy, próbując opanować swój przyspieszony oddech – Blue Velvet chcieli cię zabić, a ja…
- Nie musisz się tłumaczyć. – Odparł Adam, ujmując twarz chłopaka w swoje dłonie – Brad wszystko mi wyjaśnił.
- Wierzysz mi? – Zapytał drżącym głosem, łapiąc nadgarstki Adama, rozpaczliwie próbując zatrzymać jego ręce przy sobie.
Lambert znacząco pokiwał głową, patrząc raz po raz na oczy i usta chłopaka. Na jego twarzy zagościł łagodny uśmiech. Przesunął palcami po szorstkim zaroście na policzku i zacisnął wargi, czując jak łzy cisną się pod jego powieki.
- Niewola, do jakiej mnie zmusiłeś była najpiękniejszą wolnością mojego życia. – Rzekł, przyciskając wargi do czoła chłopaka. Ucałował go i mocno przytulił do siebie wyczuwając dreszcze, jakie miotały drobnym ciałem.
- Bałem… bałem się. – Wycedził Tommy, podnosząc wzrok – Sądziłem, że już nigdy nie zechcesz usłyszeć ode mnie choćby słowa. Że stracę cię, choć będziesz na wyciągnięcie ręki. Nigdy nie spodziewałem się, że będę próbował chronić kogoś innego. – Mówił, próbując opanować drżenie swojego głosu. Poczuł, jak para ciepłych dłoni niepostrzeżenie zanurza się pod materiałem jego koszuli, a szczupłe palce kierują się w stronę brzucha. Zmrużył oczy rozkoszując się łagodnym dotykiem.
- Mów dalej. – Rzekł Adam, na moment zatrzymując ruch. Wyjął ręce spod ubrania – O Boże, Tommy… - Szepnął, widząc na swoich dłoniach krew. Spiesznie podniósł krawędź koszuli, zauważając kilka niezagojonych ran – Gdzie masz szwy?
- Sprzedałem. – Odparł blondyn, wstydliwie odwracając wzrok.
- Przehandlowałeś kilka drutów? Za co? – Adam zmarszczył czoło, patrząc na chłopaka.
- Za dostarczenie do ciebie wiadomości o próbie spotkania pod prysznicem. – Odparł Ratliff – Musiałem się z tobą zobaczyć.
- Oszalałeś… - Szepnął brunet.
- Nie wiem w jaki sposób doszło do tego, że Kris pozwolił nam na spotkanie.
- Po prostu spytał mnie, czy jestem wierzący… - Odparł w zamyśleniu Adam – Nie spodziewałem się, że tutaj cię zobaczę.
- Ja też nie… - Odparł Tommy, składając na ustach Lamberta łagodny pocałunek. Czuł ich miękkość i słodki posmak. Tęsknił. Tęsknił i nie potrafił temu zaprzeczyć. Silne ramiona oplotły jego wątłe ciało. Chłopak zacisnął powieki, przerywając na moment pocałunek. Oddychał płytko, czując zawrót głowy.
- Chciałbym, póki jest jeszcze czas… - Rzekł, między słowami muskając wargi Adama – Wyznać ci, że nigdy nie pragnąłem nikogo tak mocno jak ciebie.
- Z wzajemnością… - Odparł Adam, opierając skroń o czoło chłopaka.
- Kocham cię. – Wyszeptał Tommy, czując, jak uścisk ramion Adama słabnie. Nie dowierzał. Cofnął głowę, wpatrując się w orzechowe tęczówki, próbując wycedzić choćby słowo – na darmo. Choć wcześniej powstrzymał napływające do oczu łzy, tym razem nie potrafił ich powstrzymać. Wplótł palce w jasne włosy chłopaka, łącząc swoje usta z jego wargami. Nie potrafił jednak oddać pocałunku, gdy jego własne wargi drżały.
- Jak długo? – Zdołał wycedzić.
- Od dnia, w którym zginął Brian. Poświęciłeś dla mnie wszystko. A poza tym już wcześniej zacząłem czuć nieznany mi wcześniej stan, w którym każdy kontakt z tobą wyzwalał we mnie potrzebę bliskości. Samej twojej obecności… Mógłbym walczyć jak Don Kichot, ale nie miałoby to sensu. Nie umiem mówić o miłości, ale moje serce bije tylko dla ciebie. Jesteś jedynym powodem, dla którego mam siłę walczyć o przetrwanie kolejnego dnia. Kocham cię, Adam.
- Wypowiedziałeś dziś więcej słów niż przez cały okres naszej znajomości… - Rzekł Adam, wpatrując się w rozpromienioną twarz chłopaka – To nie dzieje się naprawdę.
- Mam cię o tym przekonać? – Wyszeptał Tommy, sięgając palcami pod bluzkę Lamberta, który zachłysnął się powietrzem. Fala gorących dreszczy wstrząsnęła jego ciałem, gdy powstrzymał blondyna przed kolejnym krokiem.
- Nie możemy… - Rzekł, spoglądając w stronę ołtarza, na którym ułożone były wieńce świeżych kwiatów. Zapach róż wypełniał całe chłodne pomieszczenie, a światła kolorowych witraży oświetlały ich twarze pełną gamą barw. Mieli poczucie, że zatracili się w zupełnie innym miejscu. W tej małej kaplicy nie było szarych murów, innych ludzi, krat. Miękkie usta zetknęły się ze skórą Adama, który westchnął cicho i odchylił głowę do tyłu, odsłaniając szyję. Czuł, jak zęby delikatnie go kąsają, a język łagodzi wszelki ból. Paznokcie drażniły skórę karku, a opuszki palców gładziły podrażnioną skórę. Miał gorączkę. Zawroty głowy przybrały na sile.
- Pragnę cię… - Wyszeptał Tommy wprost do ucha Adama, odprowadzając go od zdrowych zmysłów. Brunet zrzucił z ołtarza kilka bukietów i posadził na nim chłopaka, którego plecy przylgnęły do zimnego marmuru. Syknął, zaciskając powieki, gdy drugie, cięższe ciało pokładło się na nim, łapczywie sięgając po niespełnione marzenia. Ich języki gubiły się w szalonym tańcu, a dłonie błądziły na oślep, spiesznie odsłaniając spragnione siebie ciała.
- Tak cholernie za tobą tęskniłem… - Wycedził Tommy, zawieszając dłonie na karku Adama.
- Ja za tobą też, skarbie. – Odparł brunet, wpijając się w spragnione pocałunków wargi. Ich wzajemne pożądanie rozpaliło ogień w zimnej, niedużej sali.
Kris odwrócił wzrok od pary rozmazanych cieni, grzeszących na ołtarzu kaplicy. Skrył twarz w dłoniach. 

__________________________________________________________________________
Następny odcinek rozpocznie się kontynuacją zastanej sceny ;)

sobota, 2 listopada 2013

Odc. 42: Złamany szyfr



Witajcie! 
Ci, którzy jeszcze nie wiedzą – jeżeli jesteście zainteresowani napisaną przeze mnie miniaturką, to zapraszam tutaj (klik!). Adommy :)

42. Złamany szyfr

Jane siedziała na łóżku hotelowego pokoju. Co kilka chwil spoglądała w lustro i na zegar. Soczyste krople dżdżystego deszczu obijały o szklaną taflę okien, zostawiając za sobą łączące się na różnych drogach ścieżki. Choć denerwowała się, nie mogła mówić o strachu. Plan mógł się powieść, albo nie. Nie istniały rozwiązania zawieszone pomiędzy jednym a drugim. Wstała, by rozprostować zastygłe w bezruchu mięśnie i kości. Zegar wskazywał równo godzinę dwudziestą, a na parking zajechało kolejne auto – tym razem czarny Dodge. Kiedy Jane ujrzała parę mężczyzn opuszczających samochód, podeszła do drzwi. Wygładziła czarną bluzkę i w pośpiechu zdjęła ze stóp ciężkie buty. Rozpuściła włosy, nadając im swoisty nieład; winda ruszyła w górę.
Podbiegła do nocnej szafki, upewniając się, że znajdzie w niej potrzebne przedmioty. Zasłoniła rolety w oknach i w mig zjawiła się przy drzwiach, gdy rozległo się pukanie. Uchyliła je, posyłając starszemu z mężczyzn ciepły uśmiech.
- Zapraszam do środka.
- Proszę wybaczyć, Droga Pani, ale próg raju nie jest mi pisany. Zgodnie z wystosowanym opisem i uzgodnieniem, zechcieliśmy złożyć najbardziej rozkoszną propozycję, na jaką nas stać. Nut jest niesamowitą siłą, który sprosta wszelkim wymaganiom.
- Doprawdy? – Jane uśmiechnęła się w stronę nastolatka, którego wyraz twarzy zaczął łagodnieć. Pogładziła jego miękkie, jasne włosy – Nie będziemy się nudzić, co nie? – Spytała półgłosem, puszczając w jego kierunku perskie oko.
- Na to nie ma szans. – Odparł Nut, łagodnie pochylając się w stronę brunetki.
- Nieczęsto naszymi klientami są kobiety. Nasi podopieczni najczęściej czynią sprawunki godne samego Ganimedesa. No cóż, nie będę zabierał więcej czasu. Zgodnie z umową pozostawiam Państwa do rana. Będę w pobliżu, gdyby zdarzyły się pewne niedogodności.
- Jestem wdzięczna za zaangażowanie. Zapraszam cię do środka, Nut. – Jane urwała rozmowę, uchylając skrzydło drzwi nieco szerzej. Kiedy chłopak znalazł się w środku, dziewczyna zamknęła pokój.
- Czym mogę służyć? – Spytał blondyn, stając naprzeciwko dziewczyny.
- Powiedz mi coś o sobie. – Odparła Jane, siadając na krawędzi łóżka – Czym się zajmujesz, co robisz, jak się trzymasz.
Chłopak łagodnie zmarszczył czoło – Przykro mi, ale nie mogę się dzielić osobistymi sprawami.
Brunetka kiwnęła głową – Jesteś tutaj z własnej woli czy z przymusu?
- Z potrzeby Pani pragnień, droga Jane.
Dziewczyna parsknęła śmiechem – Nut, przestań pieprzyć do cholery, nie sprawdzam cię. Jestem tutaj, by zaprowadzić cię do brata.
Chłopak zastygł w bezruchu. – Ja nie mam brata.
- Przekonałam się, że Tommy to straszny dupek, ale wyrzekać się go? Nawet Adam tego nie zrobił. Idiota.
- Kim jest Adam? – Nut usiadł tuż obok Jane – Kim w ogóle ty jesteś?
- Płacą ci za robotę, nie za gadanie. Rozbieraj się. – Rzekła, zbliżając się do drzwi. Wróciła do Nuta, który nieco zdezorientowany zaczął zdejmować z siebie kolejne ubrania.
- Ktoś będzie za drzwiami – Rzekł chłopak, zbliżając się do Jane – Pilnują nas.
Dziewczyna znacząco pokiwała głową – Spodziewałam się tego. Do rzeczy, chcesz wyjść na wolność?
- Ja… - Chłopak wziął głębszy oddech – Nie mam do kogo pójść, nie mam rodziny. Tommy pewnie nie chce mnie widzieć, nie przygarnie mnie.
- Ja się tobą zaopiekuję. Teraz po prostu milcz i popłyń z falą, okej?
- Co mam przez to rozumieć? – Spytał, opanowując drżenie głosu.
- Nie przeszkadzaj i słuchaj się mnie. Mogę na ciebie liczyć, Nut?
- Tak. – Odparł, nie spuszczając wzroku z dziewczyny. Pchnęła go na łóżko i wyciągnęła z szafki parę kajdanek.
- Stworzę pozory, że jesteś uwięziony. Ten plastik rozerwiesz silniejszym szarpnięciem ręki. Okej?
Blondyn znacząco pokiwał głową, wyciągając ręce w kierunku dziewczyny.
- Boję się.
- Nie ma czego, dzieciaku. Za dwie godziny zjesz najlepszą kolację w życiu. Obrzydliwe konserwy, którymi zajada się twój sukowaty brat. Kładź się. – Rzekła, idąc w stronę drzwi. Otworzyła je, wychylając się nieznacznie. Korytarzem spacerował opiekun, który ujrzawszy Jane ruszył w jej stronę. Brunetka opuściła pokój, krzyżując ręce na piersi.
- Coś nie gra?
- Obawiam się, że moje doświadczenia zawiesiły poprzeczkę zbyt wysoko. – Rzekła, opierając się plecami o ścianę – Chyba jednak skłaniam się ku starszym mężczyznom.
- Brzmi to bardzo pochlebnie, ale w jaki sposób mogę wyrazić rekompensatę? – Rzekł mężczyzna, poluzowując zaciśnięty wokół szyi krawat.
Jane zmierzyła go wzrokiem, łagodnie się uśmiechając. – Zapraszam do środka.
- Proszę wybaczyć, ale jestem zmuszony odmówić.
- Tej małej dziwce nikt nie uwierzy. – Szepnęła Jane, zawieszając ręce na karku mężczyzny – Szczerze mówiąc już w pierwszej chwili żałowałam, że to nie Ty przekroczysz próg mojego pokoju…
- Pani…
- Darujmy sobie życzliwości. – Wyszeptała, zbliżając się do warg mężczyzny, by łagodnie ich zasmakować – Jak można odmówić kobiecie, tak samotnej jak ja?
Opiekun przeciągnął językiem po suchych wargach i nerwowo spojrzał w stronę drzwi.
***
Adam leżał w swojej celi od wczorajszego dnia. Ku jego zaskoczeniu zaczął odnajdywać spokój  pośród panującej ciszy. Usłyszał kroki i cichy szept.
- Hej. Mam coś dla ciebie.
Zsunął nogi z kozetki, gdy do jego uszu dotarł ton głosu Krisa. Gdy ujrzał jego oblicze, momentalnie poczuł w sobie siłę.
- Wybacz, tylko na moment. – Rzekł Allen, wyciągając przez kraty pudełko, umieszczone w zaparowanej reklamówce – Kurczak na smażonym makaronie.
- Mogę za niego umrzeć. – Odparł Adam – Nauczyłem się doceniać małe rzeczy, ale to jest już ósmym cudem świata.
Kris uśmiechnął się ciepło – Rozmawiałem ze strażnikiem. Nie widział cię pod prysznicem ani razu.
- Ach… - Czarnowłosy zawiesił wzrok na parze swoich butów – Jakoś nie miałem ochoty tam iść i…
- Rozumiem, że się krępujesz. Pogawędziłem ze Stevenem. Jeśli masz ochotę to dzisiaj możesz pójść tam zupełnie sam.
Brunet uśmiechnął się łagodnie – Wiem, że trudno ci wybierać pomiędzy mną a służbowymi obowiązkami.
- Daj spokój, nie przejmuj się tym. Szukam najlepszego adwokata, żeby prawnie oczyścił cię z zarzutów. Adam, powiedz mi… - Kris zbliżył się do krat – Wiesz, co się dzieje z Almą?
- Wiem.
Allen znacząco pokiwał głową – Spodziewałem się, że za tym stoisz. List.
- Tylko tyle mogłem zrobić.

20 minut później
Adam odłożył puste pudełko na parapet. Godzina była jeszcze wczesna, więc postanowił skorzystać z propozycji, jaką złożył mu przyjaciel. Wziął ze sobą ręcznik i zawołał Marię, która otworzyła celę.
- Chciałbym skorzystać z prysznica.
- Odprowadzę Cię. – Rzekła z uśmiechem, kierując się w stronę głównego korytarza – Nasz blok?
- Tak. – Odparł, skręcając w lewo. Otworzył główne drzwi i rzucił ręcznik na kaloryfer. Miejsce było zimne i pełne brudnych szarości. Natryski znajdowały się pod sufitem, a podłoga wyłożona była ciemną glazurą. Zamknął za sobą drzwi, upewniając się, że nikt nie spróbuje mu przeszkodzić.
Ściągnął bluzkę przez głowę, odkładając ją na plastikowe krzesło. Równie szybko pozbył się spodni oraz butów. Zimno spowodowało nieprzyjemny dreszcz, który wstrząsnął jego ciałem. Dziękował bogu, że jest tutaj całkiem sam. Nie byłby gotów rozebrać się przed dziesiątkami innych mężczyzn, zwłaszcza, że znaczą część z nich stanowili jego dawni uczniowie. Niepewnym krokiem zbliżył się pod centralny punkt i krzyknął, gdy silny strumień zimnej wody uderzył w jego ciało. Energicznie odskoczył w bok, czując nieprzyjemne pieczenie, jakie spowodowało nagłe chluśnięcie litrów cieczy. Z rozżaleniem podniósł wzrok, gdy zdał sobie sprawę, że musi wrócić na swoje miejsce. Ściskając w dłoni mydło wykonał kilka kroków przed siebie, osłaniając głowę przed bijącymi w niego strumieniami wody.
- Kurwa! – Warknął, wykonując kilka kroków w tył. Pocierając nagie ramiona podszedł jeszcze raz, obiecując sobie, że zdąży się umyć w dziesięć sekund. Stał chwilę, zaciskając zęby z powodu chłodnej wody i stwierdził, że da sobie spokój z braniem prysznica częściej niż raz w tygodniu. Miska z ciepłą wodą dostarczana do jego celi każdego wieczoru brzmiała jak wybawienie. Z ciekawości przeszedł wzdłuż ściany, widząc na końcu pomieszczenia wydzielony segment. Jak się spodziewał, należał on do służb, ale faktycznie nikt z niego nie korzystał. Wszedł do jednej z kabin, ostrożnie przekręcając kurek z ciepłą wodą. Była jedynie letnia, ale to wystarczyło, by poczuł ulgę. Oparł się o jedną ze ścian i zmrużył powieki. Wziął głęboki oddech, rozkoszując się poczuciem całkowitej samotności.
Ciekawe co dziś robił Tommy. Być może też trafił pod prysznic. Jego ciało…
Zacisnął wargi, gdy poczuł, że jedna przelotna myśl spowodowała szybsze bicie serca. Nie potrafił nad sobą zapanować. Tęsknił za każdym aspektem jego osoby. Przesunął dłoń po szczupłym brzuchu, docierając do linii gęstych włosów, usytuowanych kilka centymetrów poniżej podbrzusza.
Długa noc, tylne fotele samochodu. Rozkoszne pojękiwanie, rozgorączkowanie.
Chwycił swoją męskość w dłoń, łagodnie poruszając w górę i w dół.  Czuł jednocześnie ulgę oraz narastające napięcie. Oddychał nieco szybciej i zacisnął powieki. Krople wody zatrzymywały się na jego rzęsach oraz wargach, spadając raz po raz na pracującą rękę. Wiedząc, że kończy mu się czas skoncentrował się na przyjemności, jaką sobie dostarczał i przyspieszył, cicho wzdychając.
Wargi, oczy, brzuch…
Otworzył usta, z których wydobył się niemy krzyk. Poczuł, jak jego rękę zalewa cieplejszy od wody płyn. Pod palcami narastało pulsowanie, które pozwoliło mu na moment zapomnieć o reszcie świata. Osunął się po ścianie, rozkoszując się ginącymi oznakami orgazmu.
***
Nie znała nawet jego imienia. Opiekun chłopaka przekroczył próg pokoju, zamykając za sobą drzwi. Widok skutego kajdankami Nuta nieco go uspokoił. Blondyn leżał pod ścianą z zakneblowanymi przez chustkę ustami. Spuścił wzrok, by po chwili zamknąć oczy.
- To gówniarz. Do niczego się nie nadaje. – Rzekła Jane, popychając mężczyznę na łóżko.
- Zaraz. – Odparł nieznajomy – On ma to widzieć?
- Nie widzę problemu. – Odparła oschle Jane, rozpinając bluzkę. Kiedy ukazała swoje drobne piersi skryte pod materiałem czarnego biustonosza, zapadła cisza.
- Nie za szybko? – Spytał, sięgając do swojego rozporka. Dziewczyna przecząco pokiwała głową, otwierając szufladę, z której wyciągnęła prezerwatywę. Próbowała nie zwracać uwagi na dzieciaka, który z przerażeniem obserwował sytuację, dziejącą się na jego oczach.
- Po prostu się zamknij i pozwól mi działać. – Odparła, napierając ustami na rozchylone wargi nieznajomego. Z jego pomocą zsunęła spodnie poniżej linii bioder i podwijając spódnicę dosiadła go, uprzednio nakładając gumkę na jego członka.
Nie rozmyślała nad moralnością czy etyką swojego czynu. Próbowała jedynie zrealizować postawiony sobie cel, a stawką w tej grze było życie innego człowieka. Brunet odpłynął; skupił się na sobie, gdy biodra dziewczyny rytmicznie unosiły się i opadały, doprowadzając go do bram rozkoszy. Opadła na jego ciało, przyciskając dłoń do ust. Niczego nieświadomy pozwolił jej na to i dopiero po chwili poczuł jak igła wbija się w jego szyję.
- Suka! – Krzyknął, próbując zrzucić ją z siebie. Udało mu się za drugim razem, a Jane spadła na podłogę, próbując spiesznie wstać.
- No chodź…  - Rzekła z cwanym uśmiechem, wycofując się pod ścianę. Obserwowała Nuta, który zbliżał się do pleców swojego opiekuna. Założył ręce na jego ramiona, wciskając w szyję łańcuch łączący parę kajdanek.
- Ty pieprzony… - Próbował krzyknąć, lecz zaczynało brakować mu tchu. Środek usypiający zaczął działać błyskawicznie. Nie było to zaskoczeniem; Jane zaaplikowała dawkę, jaką dostarcza się trzodzie chlewnej. Brunet padł, powoli tracąc świadomość.
- Zwijamy się stąd, młody. – Szepnęła brunetka, pospiesznie narzucając na siebie płaszcz. Chłopak rozerwał kajdanki i wyjął z ust chustkę. Zaczął się ubierać, gdy dziewczyna wrzucała do torby strzykawkę.
- A twoje DNA? Odciski palców? Nazwisko, na które się meldowałaś? – Wyliczał blondyn, rozglądając się dookoła.
- Ty chyba nie wiesz, z kim masz do czynienia. – Zakpiła Jane, biorąc go za rękę – Wyjście ewakuacyjne. Idź pierwszy, ale nie wychodź na zewnątrz, jasne?
Nut opuścił pokój i jeszcze przez chwilę zastanawiał się, czy nie powinien zawrócić. Podjął decyzję pod wpływem emocji i dopiero teraz zaczął zdawać sobie sprawę z konsekwencji. Przecież to wszystko może okazać się testem, a on zostanie ukarany w tak surowy sposób, że nie ujdzie z tego życiem. Zbiegł po schodach, chowając się za balustradą na półpiętrze. Zaraz po tym usłyszał ton butów na szpilce, stukających o kamienne stopnie. Serce w jego piersi zaczęło bić jak oszalałe.
- Nut? – Usłyszał głos, który przerwał wszechobecną ciszę – Nut, do cholery… Już na pierwszy rzut oka widać, że jesteś jak Twój brat. Znikasz bez słowa, gówniarzu. – Rzekła, opuszczając klatkę schodową.
Chłopak zaczął się zastanawiać, dokąd może pójść. Nie znalazł żadnej alternatywy. I tak byłby już martwy. Wybiegł z budynku, rozglądając się za dziewczyną. Dostrzegł ją po przeciwległej stronie parkingu.
- Hej, czekaj! – Zawołał do Jane.
- Gdzie ty się byłeś? – Spytała, zaciągając się papierosem – Już myślałam, że spieprzyłeś. Wsiadaj do auta. – Rzekła, zajmując miejsce za kierownicą. Chłopak usiadł obok niej. Ruszyli na północ.
***
Adam rzucił się na swoją kozetkę, zasłaniając oczy ramieniem. Zaczął się dusić otaczającą go rzeczywistością. Brakowało mu rodziny, Tommy’ego, Krisa, z którym jeszcze kilka miesięcy temu spędzał wieczory, oglądając mecze. Wizja opuszczenia więzienia również nie zapowiadała się obiecująco. Już nigdy nie miałby szans na widywania się z Ratliffem, który najprawdopodobniej skończyłby potraktowany śmiercionośnym zastrzykiem.
Czarnowłosy wyciągnął spod materaca wymiętą kartkę. Obracał w palcach złożony w kostkę papier. Choć to zaledwie sieć kresek, widział w nich Tommy’ego. Czuł jego dotyk. Sęp czy orzeł nadal poddawał się sile ulewy. Adam poczuł skurcz żołądka i powolne przesuwanie się jego treści aż do przełyku.

Niepewnym krokiem zbliżył się pod centralny punkt i krzyknął, gdy silny strumień zimnej wody uderzył w jego ciało. Energicznie odskoczył w bok, czując nieprzyjemne pieczenie, jakie spowodowało nagłe chluśnięcie litrów cieczy. Z rozżaleniem podniósł wzrok, gdy zdał sobie sprawę, że musi wrócić na swoje miejsce. Ściskając w dłoni mydło wykonał kilka kroków przed siebie, osłaniając głowę przed bijącymi w niego strumieniami wody. 

Rozszyfrowanie wiadomości okazało się łatwiejsze, niż mógł się tego spodziewać. Jeśli na obrazku pojawił się koliber pod znakiem liter „umm…” to ptak w powietrzu musiał być jego przeciwieństwem. Blok Adama, pełen spokojnych przestępców, spośród których połowa opuści więzienie po kilku miesiącach pobytu w nim oraz blok Tommy’ego – ten, w którym zwyrodnialcy zostaną poddani karze śmierci.
Zaproszenie pod wspólny prysznic do łazienki w bloku na końcu budynku roztaczało zarówno aurę strachu, jak i niepohamowanego podekscytowania.