niedziela, 1 grudnia 2013

Odc. 46: Przestrzeń



Mam nadzieję, że nie macie mi za złe późnych godzin dodawania odcinków :) Wkrótce przedstawię wam newsa, który – mam nadzieję bardzo Was ucieszy. Pozdrawiam cieplutko <3

46. Przestrzeń

Noc dłużyła się niemiłosiernie. Młody chłopak siedział na krawędzi łóżka, obserwując przez ramię śpiącą Jane. Zastygł w bezruchu na długi czas, wsłuchując się w miarowe tykanie zegara. Często słyszał, że nocą czas się zatrzymuje; sam twierdził, że jest na odwrót. W ciągu dnia dzieje się zbyt wiele, by usłyszeć dźwięk sprawnego mechanizmu, za to po zmroku każde „tik” i „tak” stają się wyraźne.
Wstał i rozmasował obolałe mięśnie, wolnym krokiem kierując się w stronę balkonu. Otworzył duże drzwi i postawił stopy na chłodnej terakocie. Ta noc nie różniła się od poprzednich, które spędzał w tanich motelach. Każdy dzień przynosił mu coraz więcej ukojenia.
- Nie możesz spać? Męczy cię bezsenność? Mam trochę prochów, jeśli chcesz sobie pomóc. – Rzekła Jane, wychodząc na balkon. Poklepała kieszenie szlafroka, w poszukiwaniu papierosów. Wyciągnęła nową paczkę Chesterfieldów, podsuwając ją w stronę chłopaka – Chcesz?
- Nie palę – Odparł Nut, opierając ręce o barierkę – Nie potrzebuję dużo snu. Pięć godzin mi wystarczy. W dogodnych warunkach nawet cztery.
Brunetka uśmiechnęła się pod nosem – Chyba nie narzekasz na łóżko?
- Nie przeszkadzają mi nawet karaczany w zlewie. – Odparł z uśmiechem, spoglądając w stronę roześmianej dziewczyny. Obdarzył ją ciepłym spojrzeniem, powracając wzrokiem do widoku panoramy miasta.
- Niewiele mówisz. Zupełnie jak twój brat. – Rzekła, przypalając koniec papierosa.
- Mówią, że milczenie to szlachetna cnota.
- Zgadza się. Tak mówią – Odparła, zaciągając się dymem – Chyba lubisz obserwować nocne widoki?
Rozchylił wargi, by zacząć mówić, jednak zawiesił głos i zaczerpnął powietrza. Poczuł na swoim nagim ramieniu delikatną dłoń.
- Nie mogłem zasnąć. Musiałem czekać na opiekuna. Wtedy każdej nocy patrzyłem na wieżowce, wyobrażając sobie, że stoję na dachu jednego z nich. Od zakończenia tego wszystkiego dzielił mnie zaledwie jeden krok. A potem zdałem sobie sprawę, że to nierzeczywiste.
- Nie chciałeś zginąć?
- Wolałem nigdy się nie narodzić. – Odparł łagodnym głosem – Każdego kolejnego dnia trudno mi uwierzyć, że jestem w innym miejscu. Trudno uwierzyć, że jesteś prawdziwa.
Jane uśmiechnęła się łagodnie – Możesz się o tym przekonać.
Chłopak obdarzył ją krótkim spojrzeniem, po czym nerwowo przeciągnął językiem po swoich – jak mu się wydawało suchych wargach. Pod wpływem pozytywnych emocji odwrócił się i wykonał krok w jej stronę. Przeczesał drżącymi palcami gładkie włosy, których czerń mieniła się kolorami wielkomiejskich neonów. Próbował opanować bicie swojego serca, gdy nachylił się nad jej twarzą.
- Hej! – Zawołała, kładąc palec na jego ustach – Nie to miałam na myśli… - Odparła, czując za plecami chłodną belkę.
Blondyn patrzył na nią łagodnie zmrużonymi oczami. Nie cofnął się nawet na krok. Chwycił barierkę po obu stronach jej ciała. W końcu zdobył się na odwagę, by okazać dominację, której zawsze mu brakowało.
- Nut! – Przechyliła głowę – Do jasnej cholery, kończyłam szkołę, gdy ty szykowałeś się na świat. To po prostu nie przystoi. Jesteś bratem faceta, któremu z chęcią wydłubałabym oczy. Mam się tobą opiekować, nie pieprzyć w tanich hotelach. Jesteś jeszcze gówniarzem.
- Sama mówisz o pieprzeniu. Nawet cię nie dotknąłem. – Odparł pretensjonalnym tonem – Ciągle przypominasz mi o tym, kim jestem. Może po prostu masz mnie za dziwkę i to jedyny powód, dla którego się mnie brzydzisz?
- Nie mów o sobie w ten sposób. – Syknęła przez zaciśnięte zęby. Jego oczy odbijały w sobie światła lamp, ustawionych za oknem. Skóra młodej twarzy wyglądała na aksamitnie gładką. Był piękny i nie potrafiła temu zaprzeczyć.
- Za kogo mnie masz? – Spytał, cofając się na krok, by dać jej trochę przestrzeni.
- Za dziecko, które mam karmić aż do dnia, kiedy twój zasrany brat przekroczy próg tego pokoju. – Rzekła surowo, odpychając chłopaka, by powrócić do łóżka – Kładź się. O szóstej rano jedziemy na zakupy.
***
Tommy dał sobie dwie próby. Odtwarzał w głowie zaplanowane sceny i rozważał wszelkie możliwości na niepowodzenie. Nie twierdził, że będzie łatwo, ale jednocześnie nie gotował się na porażkę. Wciąż przyświecała mu wizja wspólnego życia z Adamem, a opuszczenie murów tego więzienia miało być pierwszym krokiem do osiągnięcia sukcesu. Zakuty w kajdanki szedł do gabinetu Krisa, o co sam poprosił. Zawiesił leniwe spojrzenie na strażniku, który trzymał go za ramię, a drugą rękę trzymał na kaburze. Uśmiechnął się pod nosem.
Drzwi otworzyły się, a przestępca i policjant stanęli przed sobą twarzą w twarz.
- Nie zamierzam poświęcać ci więcej czasu, Ratliff. Mam ważne sprawy, a ty nie jesteś jedną z nich.
- Moglibyśmy zawrzeć pewien układ.
- Jeśli próbujesz mnie sprowokować, nie uda ci się to. – Odparł chłodno Kris, zbliżając się do blondyna. Stanęli w cieniu spowitego w mroku gabinetu.
Tommy wpatrywał się w czekoladowe oczy Krisa, próbując okazać mu choć trochę szacunku. Stwierdził, że koniec końców mógłby go polubić, ale na pewno nie w zastanych okolicznościach.
- Chciałbym, żeby twoja żona urodziła mi dziecko... – Rzekł poważnym tonem.
Kris parsknął śmiechem, przykładając dłoń do czoła – Ty chory popaprańcu. Jedno dziecko masz już w drodze i szczerze mu współczuję takiego ojca.
- …zarżnąłbym ją w każdy możliwy sposób.
W niczyich oczach nie widział większej nienawiści. Syknął z bólu, gdy poczuł silne szarpnięcie za swoje włosy.
- Wiedziałem, że nie ma sensu dawać ci jakiejkolwiek szansy ty chory dupku. – Rzekł brunet, trzymając głowę Tommy’ego na poziomie swoich kolan. Szedł przed siebie, ciągnąc go za czuprynę. Próbował panować nad swoimi emocjami, więc z podniesioną głową i spokojem na twarzy doszedł aż na koniec korytarza, gdzie znajdywało się kilka klatek.  Do jedynej wolnej wepchnął Tommy’ego, zamykając drzwi na kartę magnetyczną. Nie musiał użyć nawet siły. Z nadszarpniętymi nerwami powrócił do swojego gabinetu, zatrzaskując drzwi. Nie miał ochoty widzieć się tego dnia z nikim więcej.
***
Nie potrafił się odnaleźć w otaczającej go ciemności. Temperatura powietrza oscylowała pomiędzy dziesięcioma a piętnastoma stopniami, co wprawiło jego ciało w drżenie. Już kilka razy próbował uważać na igłę, gdy odszukiwał jej na betonowej podłodze, jednak któryś raz ukłuł się w palec. Przygotował małą saszetkę z płynną substancją, którą otrzymał od Jane. Przytrzymując ją zębami przygotował strzykawkę, by wypełnić ją właściwym roztworem. Zdał się jedynie na swoje zmysły, które w tej chwili nie mogły go zmylić. Jedyne czego się obawiał to zbyt mała zawartość środka, by uśpić pierwszego, który zajrzy do izolatki.
Ułożył się na podłodze przyjmując pozycję embrionalną. Wysunął igłę z rękawa, by być w stanie gotowości. Pozostało jedynie czekać.
***
- Nie możemy przyjąć, że rzeczywistość, w której żyjemy jest prawdziwa. Być może to jedynie wykreowany w naszych głowach świat, który…
Adam opierał głowę o ścianę, przy której siedział i co kilka chwil wyłapywał pojedyncze frazy rzucane przez wykładowcę. Zatracił się w świecie swoich myśli.

Przecież rodzina zawsze była dla mnie najważniejsza. Dlaczego nie poczułem się przy nich wyjątkowo i szczęśliwie? Dlaczego mój wzrok śledził Tommy’ego, który rozmawiał z Jane? Patrzyłem na matkę, na brata, którzy prawdopodobnie przeżywali jeden z najgorszych dni w swoim życiu i nawet nie potrafiłem odwzajemnić ich uścisku. Boję się, że uwierzyłem w prowadzenie życia, które wyklucza obecność ludzi, z którymi związany byłem przed godziną zero mojej przeszłości. Czy to możliwe, że będąc wśród tych, którzy mnie kochają, mając pieniądze, dach nad głową i stabilizację czułem się mniej szczęśliwy, niż jestem teraz?

Sala, w której odbywały się wykłady była jedynym pomieszczeniem pozbawionym krat w oknach. Adam napawał się widokiem nieposzatkowanych drzew, które smutno kołysały się na spokojnym wietrze. Późny wieczór spowił w swoim mroku również kolorowe San Diego.

Jestem najlepszym przykładem na pojęcie względności. Bo czym jest szczęście? Stanem, wobec którego unosimy się ponad głowami innych ludzi. Jak mogę mówić o unoszeniu, skoro jestem zamknięty w cholernej klatce, jak ptak…

Nagle głos prowadzącego został stłumiony przez wyjące syreny. Adam podniósł głowę i zmarszczył czoło. Na salę wpadła grupa policjantów, którzy zaczęli odprowadzać więźniów.
- Raz, raz! – Zawołała młoda policjantka, szeroko otwierając skrzydła dużych drzwi – Zamknąć wszystkich i przeliczyć stan!
Adam wstał i zaczął nerwowo się rozglądać. Zaczepił strażnika, który zakuł w kajdanki jednego z agresorów.
- Co się stało? Michael, wiesz coś?
- Straciliśmy dwie osoby – Rzekł nerwowym głosem – Naszego i więźnia. Karetka zabrała Petera, jakiś gówniarz uciekł. Stąd? Uciec? Co najlepsze, udało mu się to już drugi raz w tym samym zakładzie. Niech to szlag!
Lambert rozchylił wargi, wycofując się w stronę okna. Oparł ręce o parapet i spuścił głowę, czując w skroniach narastające pulsowanie. Tommy? To niemożliwe. Niemożliwe. Ilekroć powtarzał w myślach to słowo, tym bardziej w nie wątpił.
***
25 minut wcześniej
Miał wrażenie, że jego połowa jego ciała całkowicie odmarzła. Co kilka minut poruszał palcami, upewniając się, że nadal są sprawne. Po raz trzydziesty usłyszał kroki na korytarzu; opuścił powieki, a pomimo tego dostrzegł strumień światła, który oblał jego twarz. Czyjaś pięść dwukrotnie uderzyła w pancerne drzwi.
- Żyjesz?
Nie odezwał się ani słowem. Co więcej – próbował wywołać chwilowy bezdech. Światło zostało stłumione, a na ramieniu Tommy’ego spoczęły dwie dłonie.
- Halo? Śpisz?
To był jedyny właściwy moment. Kiedy mężczyzna nachylił się, by sprawdzić oddech Ratliffa, ten złapał go za kark, zaciskając dłoń na ustach, z których niemal wyrwał się zdradliwy krzyk. Nie był pewien, czy trafił w tętnicę, ale zatopiona igła wypuściła z siebie ostatnie krople środka usypiającego.
- To tylko kilka sekund, cii… zamknij się, nie utrudniaj… - Szeptał Tommy, trzymając w uścisku mężczyznę, który na darmo próbował sięgnąć do swojego pistoletu czy krótkofalówki. Chwilę później opadł na tors blondyna, a jego bezwładne ciało zaczęło tracić nawet najprostsze odruchy obronne.
Ratliff rozejrzał się dookoła, wykorzystując nieduży strumień świata, który ułatwił mu dalszą pracę. Zrzucił z siebie wszystkie ubrania i zdarł z mężczyzny koszulę. Zaczął się przebierać w możliwie najszybszym tempie. Wyciągnął z kieszeni notes wraz z długopisem; przypiął kaburę z pistoletem. Nałożył czapkę, chowając pod nią jasne włosy. Jego palce drżały, gdy zapinał guziki koszuli; rozmiar był trochę za duży, ale nie stanowiło to większego problemu. Nie szukał już strzykawki; rzucił ją w kąt, by przypadkowo się nie ukłuć.
- Wybacz. – Szepnął do nieprzytomnego strażnika, odliczając w głowie czas, który mu pozostał. W najgorszym wypadku mężczyzna miał obudzić się za dziesięć minut, w najgorszym – za dwadzieścia. Serce w piersi Tommy’ego jeszcze nigdy nie biło tak mocno. Opuścił swoją celę, zamykając ją na kartę magnetyczną. Wziął głęboki oddech i przysunął do twarzy notes, by zacząć w nim notować. Okulary, które należały do policjanta skutecznie utrudniały mu wzrok; musiał podnosić go ponad szkła, by wyznaczyć drogę do wyjścia. Przed nim snuł się prosty korytarz, a wkoło prócz więźniów kręcili się też stróżowie prawa. Spuszczał głowę w dół, niby wczytując się w notatki, przewracając kartkami, w poszukiwania ważnego numeru telefon; zignorował „dzień dobry”, które usłyszał od sprzątacza.
Każdy metr sprawiał wrażenie długich mil, a droga do wolności była pełna uśpionych, groźnych i wygłodniałych wilków. Nie mógł się temu dziwić; był najsprytniejszym i na swój sposób jednym z najbardziej niebezpiecznych przestępców w tym Stanie. Nastała pora, w której więźniowie na ogół odpoczywali, co zmniejszało szanse na rozpoznanie jego twarzy. Czuł się bogiem; otrzymał więcej, niż inni, sam po to sięgnął i udało mu się. Zasłużył na to.
Przy bramkach liczba strażników była znacznie większa. Zabrakło czasu na opracowanie metod i sposobów; mogło się udać, albo nie. Szanse były wyrównane. Przybił kartę wymeldowania i minął przejście służbowe, mając przed sobą ostatnią drogę. Czuł pod stopami kruchy żwir, zacisnął zęby podkurczając palce. Buty były o dwa i pół rozmiaru za małe. Dziwił się, że w ogóle zdołał je założyć.
- A pan na służbowo? – Spytała wdzięczna, uśmiechnięta sprzątaczka. Ukłonił się jej, poprawiając czapkę.
- Tylko do samochodu. – Rzekł z uśmiechem, zmierzając w stronę bramy głównej. Coraz bardziej docierała do niego świadomość, że życie, które prowadził do tej pory za chwilę zostanie wpisane na karty przeszłości. Mijając kolejne kamery umieszczone wokół budynku nacisnął klamkę głównej bramy i wyszedł, zamykając ją za sobą. Zatrzymał się na moment, zastanawiając, jak sarkastycznie zabrzmiał metalowy szczęk. By nie wzbudzać zainteresowania ruszył główną aleją, wiodącą na wschód miasta. Przyspieszył kroku, nie odwracając się za siebie. Wewnątrz niego rozbrzmiał gromki i szyderczy śmiech. Nienawidził kobiet, a teraz dzięki jednej z nich dostał kolejną szansę na ułożenie życia według swojego scenariusza. Wytyczał własne ścieżki i teraz on był drapieżnikiem, który mógł schwytać drobne kolibry.
Światło, zapach spalin, gęste mgły, duże przestrzenie i anonimowi przechodnie. Tak smakowała wolność, której przyszło mu zasmakować po raz kolejny.

niedziela, 24 listopada 2013

Odc. 45: Nieme pożegnanie



W komentarzach pojawiło się wiele niepewności, mam nadzieję, że ten odcinek chociaż część z nich rozwieje :) Zapraszam, ptaszynki. 

45. Nieme pożegnanie 

I'd walk in the middle of the desert baby

All for you

Don't care how it hurts

Just wanna be home with you

                
~ Jamar Rogers – Drink of you

Tommy przekroczył próg sali i ku jego zdumieniu przy stoliku numer osiem siedziała właśnie ta osoba, której się spodziewał. Omiótł wzrokiem salę i ujrzał również drugą postać, a widok ten przyprawił go o dreszcze. Adam znajdował się w otoczeniu dwóch osób, spośród których jedna płakała, cicho zawodząc, a druga milczała, zachowując kamienny wyraz twarzy. Prędko odwrócił wzrok, by nie wzbudzać podejrzeń ze strony strażników. Usiadł naprzeciwko Jane i pochylił się w jej stronę.
- Udało ci się przyjść wcześniej. – Zauważył, wyciągając ręce, by chwycić brunetkę za dłoń.
- Będziesz ojcem. – Odparła z uśmiechem, kładąc na stole wyniki badania ultrasonograficznego. Blondyn chwycił kartkę, na której widniały dane na temat trwającej ciąży. Uśmiechnął się pod nosem, z niedowierzaniem kręcąc głową.
- Sprytne… - Mruknął pod nosem, wsuwając kawałek kartki do kieszeni.
- To nie wszystko. – Szepnęła, wstając z miejsca – Możemy zniknąć na chwilę w mokrym pokoju.
Tommy nawet się nie zawahał. Wstał i nachylił się nad Jane, szeptając jej coś do ucha. Po chwili zostali odprowadzeni do ciasnego pomieszczenia na końcu hallu głównego.
Przekroczyli próg pokoju, gdzie brudno-żółte ściany rzucały ciepłą poświatę na wąskie łóżko. Drzwi zatrzasnęły się, a zegar ruszył. Jane dyskretnie rozejrzała się, dostrzegając umieszczoną w kącie kamerę. Kiedy Ratliff usiadł na łóżku, brunetka odwróciła się od rejestratora i zaczęła rozpinać swoją koszulę. Dosiadła ud blondyna, zatracając się z nim w pocałunku.
Ciekawe, czy tak samo smakuje Nut. Wzdrygnęła się, gdy przyszło jej to na myśl.
- Tęskniłeś?
- Cholernie, kotku. Pokaż, co dla mnie masz.
Skierowała jego dłonie w stronę swojego biustonosza. Drobne palce wślizgnęły się pod sztywne fiszbiny bielizny. Wyczuł drobną saszetkę po jednej stronie oraz twardy kawałek plastiku w drugiej miseczce.
- Tiopental. – Wyszeptała, kierując swoją dłoń w kierunku spodni chłopaka. Zaczęła rozpinać jego rozporek.
- Gdzie mieszkasz?
- Wynik USG da ci odpowiedź. – Odrzekła, rozpinając jego spodnie. Usiadła okrakiem na jego biodrach, wsuwając pod materiał bokserek drobną strzykawkę.
- Wyjdę sam. – Odparł, przeczesując palcami jej włosy.
- Jeśli zostawisz Adama, zabiję cię.
- Wyciągniemy go razem. Nie dam rady teraz mu pomóc. – Odparł, przerzucając dziewczynę na plecy.
- Liczę, że prędko cię u siebie zobaczę. – Rzekła, podciągając koszulkę chłopaka. Jej dłonie zaczęły wędrować po jego łagodnie umięśnionych plecach.
- Muszę tylko z kimś się pożegnać. – Odparł, składając na jej ustach krótki pocałunek.
- Z kim?
- A to już tajemnica. – Rzekł z uśmiechem. – Mam już plany, dotyczące naszej przyszłości.
- Jak długo muszę cię dotykać?
- Kilka minut. – Odparł, pokładając się na brunetce – Wierzę, że brzydzisz się mną tak samo, jak ja tobą. Właśnie jakiś chory zboczeniec trzyma łapę w gaciach, widząc twoje prawie nagie cycki.
Mruknęła z niezadowoleniem, oplatając udami wąskie biodra Ratliffa. Zamilkli, gdy usłyszeli donośne okrzyki, dochodzące z korytarza.
- Niezły panuje tu chaos, co? – Szepnęła, zwracając wzrok ku klamce.
- Żebyś wiedziała, co dzieje się w moim bloku. – Odparł, opierając czoło o jej podbródek.
- Już raz tutaj byłeś. Mają cię na oku. Nie spierdol tego, Tommy, bo to jedyna i ostatnia szansa. Nie pojawię się, aż do dnia sądu ostatecznego.
- Jeżeli się uda, to dopiero połowa sukcesu. – Odparł, zaciskając wargi – A co z Hummingbirds?
Jane podparła się na łokciach, odgarniając jasne kosmyki włosów z twarzy chłopaka – Nie mogą się dowiedzieć, że wróciłeś. Chyba będą próbowali cię dorwać.
- I bez nich sobie poradzimy. Dziewczyno, bądź chociaż trochę bardziej przekonująca. Nie możemy stąd wyjść po pięciu minutach.
- Nie spodziewam się, że potrafisz dłużej. – Parsknęła śmiechem, co widocznie nie spodobało się blondynowi.
- Nikt do tej pory nie narzekał.
- Wybacz, ale musiałabym nisko upaść, by chcieć się o tym przekonać.
Jeszcze przez kilka minut leżeli w uścisku, prowadząc swobodną, niewymuszoną rozmowę. Gdy po chwili opuścili pokój, na hallu było pusto. Tommy skierował kroki w stronę swojej celi i wcisnął dłonie w kieszenie, upewniając się, czy zabrał wszystkie przekazane mu przedmioty.
***
Nisko latające jaskółki zwiastowały ulewę, która miała zastać San Diego dziś wieczorem. Adam spędzał ten czas w bibliotece, spacerując pomiędzy półkami książek. Nie bez powodu skierował się w stronę dystryktu z literaturą amerykańską. Mijał kolejne rzędy, dostrzegając pomiędzy nimi zaczytanego chłopaka. Od razu sobie przypomniał ich trwające podczas długich wykładów dyskusje. Wymienili się spojrzeniami, które nic nie znaczyły. Adam sięgnął do literatury Howarda Fast, przebierając w tytułach.
- Następnym tematem, który mieliśmy poruszyć było pojęcie utopii. – Zwrócił uwagę chłopak, wyrównując rząd książek – Nie zdążyliśmy. Przepadłeś, jak kamień w wodę.
Lambert jedynie pokiwał głową. Wybrał dwa tytuły rozważając, który jest lepszym materiałem do przestudiowania.
- Co sądzisz o utopiach? – Spytał nieznajomy – Istnieją?
- Istnieją w naszych głowach. Jest tylko jedna, rzeczywista wizja. Wiesz, jak się nazywa? – Brunet skierował wzrok ku chłopakowi, który po krótkim zamyśleniu przecząco pokiwał głową. – To utopia przeszłości. W każdy momencie teraźniejszości, myśl o minionych wydarzeniach sprawia, że je idealizujesz. Stąd pochodzi słynne stwierdzenie starych korzeni, że kiedyś było lepiej. Ale wiesz co? Nigdy nie było lepiej, niż jest teraz. Po prostu tęsknimy za przeszłością, bo kochaliśmy się w niej przed dokonaniem ważnych wyborów.
- To… filozofia Platona? – Zawahał się chłopak.
- Nie. – Uciął krótko Adam – Moja własna.
***
- Namieszałeś, Ratliff. Porządnie namieszałeś i nie wiem, w jaki sposób chcesz wyprostować całe to gówno, którym wysmarowałeś ściany swojego pokoju. Ciąża? Romans z policjantem? Oskarżenie o morderstwo? Wierz mi, skurwysynie, gdyby ode mnie to zależało, już dawno usmażyłbyś się na krześle.
Tommy milczał, siedząc w gabinecie Krisa. Obserwował, jak mężczyzna spaceruje z kąta w kąt, próbując zebrać swoje myśli. Przysiadł na krawędzi biurka, szukając w szufladzie jednego z okazjonalnych cygar. Nie przepadał za nimi, ale tym razem potrzebował poczuć w ustach ciężki dym.
- Wiem, że Adamowi cholernie na tobie zależy i jest gotów spędzić tutaj resztę swoich dni tylko z twojego powodu. To właściwie jedyny argument za tym, bym cię nie zniszczył.
- Kris…
- Poruczniku Allen.
- Bez pieprzenia. – Tommy poprawił się na krześle, które zajął. – Po prostu zrób dobry uczynek. Nic cię to nie kosztuje, a naszemu przyjacielowi wyjdzie to na dobre. Chyba nie chcesz więcej słuchać, jak mnie rżn…
- Och, błagam, przestań! – Kris po raz kolejny podniósł głos. – Wystarczająco już namieszałeś. Nie chcę mieć przez ciebie więcej problemów.
- Po pierwsze, nie miałeś żadnych. – Blondyn łagodnie uśmiechnął się. – Po drugie, przyrzekam. – Powiedział, kładąc rękę na sercu. – Że nie zrobię niczego, co mogłoby nam zaszkodzić. Przecież chodzi o Lamberta, prawda?
Brunet zatoczył jeszcze jedno kółko, zamknął drzwi i wziął głęboki oddech.
- Jeden wyskok, a zginiesz z mojej ręki.
- Będę z nim w celi?
- Nie przesadzajmy. Wspólny blok to już zdecydowanie zbyt wiele. Wracaj do siebie, załatwię formalności. I mam nadzieję, że nie będę musiał cię tutaj więcej gościć.
***
Codzienność była jak powtarzająca się do znudzenia mantra, której nie sposób wyrzucić ze swojej głowy. Adam ściskał w dłoni szorstki, poszarzały ręcznik i wraz z grupą innych więźniów został odprowadzony do łaźni. Spodziewał się, że w końcu nadejdzie dzień, w którym odważy się obnażyć całego siebie w otoczeniu dziesiątek innych ludzi. Teraz był jednym z nich; nic nieznaczącym pionkiem w sprawiedliwej grze.
Przekroczył próg pomieszczenia, zmierzając w stronę ściany, przy której zostawiał swoje rzeczy. Od panującego chłodu miał pierwsze dreszcze i spodziewał się, że zaraz będzie jeszcze gorzej. Od niechcenia zrzucił z ramion koszulę i zsunął spodnie wraz z bokserkami, uprzednio pozbywając się także butów. Przeczesał palcami zmierzwione włosy i nie rozglądając się dookoła poszedł pod natryski, zajmując jedno z wolnych miejsc. Silny strumień obezwładniająco uderzył w jego ciało, a on sam osłonił swoją twarz ramieniem. Czuł, jak lodowate igiełki drażnią jego skórę i cierpliwie czekał, aż woda stanie się choć trochę cieplejsza. Zwrócił uwagę w kierunku swoich rzeczy, by upewnić się, że nadal tam są, gdy nagle poczuł zawrót głowy i na moment stracił poczucie rzeczywistości. Wpatrywał się w niego nikt inny, jak właśnie Tommy. W jego bloku, jego łazience, w miejscu, w którym nigdy nie dane było im się zobaczyć. Czuł się jak kilka miesięcy temu, gdy zwabiony do klubu ujrzał go między pijanymi ludźmi.

Dołączył do grupy nieznanych mu osób i pozwolił poddać się melodii.
Wodził wzrokiem, nie mogąc skupić się na jednej wykonywanej czynności. Czuł, jak trzymana w ręku szklanka uwalnia swoją ciecz, a ta spływa po jego dłoni drobnym strumieniem. Nie miało to znaczenia. Bar znajduje się przecież kilkanaście metrów dalej.
Blond włosy i duże brązowe oczy.
Przewidzenie, które spowodowało nagłe zatrzymanie rytmu serca. Rozejrzał się jeszcze bardziej nerwowo. Ostatnio omamy nawiedzały go coraz częściej. To tylko mara. Czysta ułuda.
Nie miał już wątpliwości, gdy te duże brązowe oczy patrzyły wprost na niego. Z tą samą pewnością siebie i drwiną wpisaną w mimikę. Miał wrażenie, że jego ciało ulega paraliżowi. Wpatrywał się w jedyną postać na tej sali, która oprócz niego zamarła w bezruchu. Dzieliło ich kilka pijanych dziewczyn, które przyszły zabawić się tej nocy w grupie przyjaciół.

Nie wykonał ani jednego ruchu. W milczeniu patrzyli na siebie, na swój wyraz twarzy, nie zważając na świat, który ich otaczał. Blondyn powolnym krokiem skierował się w stronę Adama. Odstąpił od pryszniców, by nie przeciskać się pomiędzy innymi mężczyznami. Czarnowłosy próbował opanować bicie swojego serca; na darmo. Zaczynał tracić kontrolę nad reakcjami swojego ciała. Miał świadomość, jakie czekają go konsekwencje, jeśli spróbuje odezwać się do chłopaka choćby słowem. Wszyscy otaczający ich ludzie gotowi byli zabić za swoje idee; obserwowali Tommy’ego, który zatrzymał się przed czarnowłosym. Jego dłonie powędrowały na tors bruneta, a oczy wpatrywały się wprost w niebieskie tęczówki. Adam czuł się, jakby stąpał po polu minowym; ostrożnie chwycił Ratliffa za dłoń i powolnym krokiem ruszył w stronę miejsca wyznaczonego dla personelu. Odwiedził je kilka tygodni temu, sam. Wszedł do jednej z kabin i puścił wodę, nieco cieplejszą od tej, która była na zewnątrz. Poczuł, jak jego plecy leniwie przyklejają się do zimnej glazury; wzdrygnął się, gdy szczupłe kolano znalazło się pomiędzy jego udami. Próbował otworzyć zmrużone oczy. Wplótł palce w jasne włosy Tommy’ego, przyciągając go do siebie na niebezpiecznie bliską odległość. Czuł zapach jego skóry, ciepło ciała, doprowadzające jego zmysły do obłędu. Dłonie blondyna powędrowały na kark Adama, a wargi wzajemnie ocierały o siebie. Słyszeli swoje głośne oddechy, echo wody bijącej w ściany pomieszczenia.
- Potrafisz dobierać sobie przyjaciół… - Wyszeptał Tommy, bojąc się zerwać niewidzialną nić milczenia.
- Nie wierzę, że tutaj jesteś. – Odparł Adam – Po raz kolejny trudno mi uwierzyć, że mam cię pod swoimi palcami. Kiedyś to była codzienność, dziś sen, który się spełnia. Boję się, że pewnego dnia znikniesz, a ja zostanę sam, zapamiętany jako trofeum bezwzględnego Joe…
- Nigdy nie zniknę na zawsze… - Powiedział Tommy, słysząc zachłyśnięcie się powietrzem, gdy ich ciała przylgnęły do siebie. Czuł, jak silne dłonie wodzą po jego plecach, kończąc swoją drogę na ramionach i również tam na nowo ją rozpoczynając. Blondyn łagodnie kąsał szorstki zarost na krawędzi szczęki i leniwym gestem objął wargami grdykę. Ciepłe krople wody znaczyły drogę po wargach bruneta, następnie tę samą drogę pokonywały opuszki palców niższego z dwojga.
- Fascynujesz mnie… - Wyszeptał blondyn, analizując z osobna każdy fragment skóry Adama i za każdym razem zachwycając się nim na nowo. Chciał chłonąć go całego i sam dotyk nie wystarczał. Czuł w sobie siłę, której nie sposób było stłumić. Posiadł nieznany mu spokój, gdy znalazł się w jego ramionach. Nie chciał tego utracić.
Lambert otarł swoją twarz, próbując szerzej otworzyć oczy. Nachylił się, by pocałować miękkie usta, znajdujące się tuż przed jego twarzą. Ciepło rozlewało się w jego sercu, gdy ponownie mógł smakować zakazanego owocu. Miękki język rozkosznie pieścił jego wargi, nie pozwalając na zaczerpnięcie głębszego oddechu. Przyjemne dreszcze spływały po jego torsie, kumulując się w podbrzuszu, na co nie miał najmniejszego wpływu. Jego tęczówki zniknęły za opuszczonymi powiekami, gdy nagie ciała przywarły do siebie. Pragnął wyrazić swoje uczucia, ale wszelkie słowa, jakie powinny paść, już dawno miały miejsce.
     - Jesteś gotowy? – Spytał szeptem, całując ucho chłopaka. Blondyn poczuł gorące powietrze, które wywołało mrowienie na gładkiej skórze. Jego serce zabiło szybciej, gdy zrozumiał, że gotowość polegała na zamianie ról.
     - Jesteś pewien? – Spytał, kładąc dłoń na ramieniu Adama. Całował jego plecy i kark, oczekując odpowiedzi.
     - Tak. W pełni. – Odparł Adam, opierając ręce o jedną ze ścian. Jego ciało reagowało konwulsyjnie na każdy gest; wodzenie paznokciami po pośladkach, dotykanie bioder, kąsanie karku. Oparł skroń o glazurę, by kątem oka spoglądać na blondyna. Pierwsze odczucie nie było bolesne; dopiero kolejna próba okazała się smakować zupełnie inaczej niż w oczekiwaniach. Czarnowłosy zacisnął powieki i spiął mięśnie, czując jak biodra chłopaka przysuwają się do niego i cofają.
      - Mam przestać? – Spytał Tommy, zaciskając palce na ramieniu Adama. Oparł czoło o jego kark, przyciskając wargi do rozgrzanej, wilgotnej skóry. Odpowiedzią były ciche westchnienia, które oznaczało nieśmiałe przekroczenie progu rozkoszy. Dla bruneta było to całkowicie nowe odczucie; obce, trudne w zdefiniowaniu. Docierały do niego wszelkie impulsy, które prowokowały jego męskość do podtrzymywania ciągłego wzwodu. Odchylił głowę do tyłu, gdy  dłonie Tommy’ego przykryły jego własne palce; takiej bliskości nie miał okazji zaznać nigdy wcześniej. Letnia woda działała kojąco na ich rozpalone ciała, które płonęły w każdym momencie, gdy stykały się ze sobą choćby na chwilę.
    - Doprowadzasz mnie do szaleństwa… - Wyszeptał blondyn, przygryzając płatek ucha Adama. Ciszę po raz kolejny przerwał rozkoszny pomruk. Brunet wyprężył się, opuszczając powieki, by skoncentrować się na każdym doznaniu. Joe przycisnął dłoń do jego ust i przyspieszył, spotykając się z odpowiedzią, jakiej mógł się spodziewać. Czuł, jak zęby zaciskają się na jego dłoni, co jeszcze mocniej stymulowało go do działania. W głowie Adama pulsowała myśl, będąca obawą przez nadchodzącym finałem. Nigdy wcześniej jego ciało nie stanowiło bezpośredniego źródła rozkoszy.
Tętniący życiem wulkan zaczął dymić i w tym momencie wiadome było, że już za chwilę gorąca lawa opuści obręcz krateru.
Poczuł przyjemne ciepło, które leniwym strumieniem sączyło się po jego udzie. Uderzył czołem o ścianę, gdy stracił nad sobą kontrolę. Po raz pierwszy czuł, że ktoś nie pozwala mu upaść. Jego kolana drżały, a on sam z trudem utrzymywał się na nogach. Gorący oddech Tommy’ego palił jego kark i plecy; Adam był w takim amoku, że niemal dzielił z nim ten sam orgazm.
Trwali w silnym uścisku, gdy woda  obmywała ich ciała z potu i za nic nie chcieli oderwać się od siebie choćby na moment. Na swój patologiczny sposób promieniowali szczęściem, wobec którego normalni ludzie obnosiliby się z pogardą.

niedziela, 17 listopada 2013

Odc. 44: Synowie



Dziękuję za pokrzepiające komentarze! Dziś dla Was nieco dłuższy od pozostałych odcinek :) Moc buziaków i uścisków!

44. Synowie

Milczenie towarzyszyło im od kilku minut, które zdawały się trwać wieczność. Adam gładził jasne kosmyki włosów, przenosząc wzrok z oczu na usta i z powrotem. Odczuwał dziwny stan, którego nie potrafił zdefiniować. Czuł się jak dziecko, które nie potrafi rozwiązać skomplikowanego zadania matematycznego. Zacisnął wargi, próbując zaczerpnąć głębszego oddechu. Zatrzymał powietrze w płucach, powoli mrużąc oczy.
Ciszę przerwało miarowe pukanie do drzwi kaplicy.
- Za trzy minuty zostaniecie odprowadzeni. – Rzekł Kris, spoglądając na zegarek.
Adam ucałował miękkie usta blondyna – Mam nadzieję, że niedługo znów się zobaczymy.
- Na pewno. – Odparł Tommy, próbując wstać. Nie chciał mówić zbyt wiele. Od tygodni przepełniały go obawy dotyczące ucieczki, próby przeżycia w więziennych murach. Nie miał z kim ich dzielić i dla dobra Adama postanowił milczeć.
- Wyjdę pierwszy. – Rzekł szeptem, spiesznie się ubierając. Podszedł do Lamberta, dzieląc z nim mocny uścisk. Chwilę później opuścił chłodne miejsce, pozostawiając czarnowłosego sam na sam z ogromem sprzecznych myśli. W momencie, gdy skończył zakładać koszulę, do pomieszczenia wszedł Allen.
- Zasłużyliście na Alcartaz.
- Na nasze szczęście zakład jest już nieczynny. – Odparł Adam, wsuwając ręce do kieszeni.
Kris wziął głęboki oddech i przewrócił oczami – To był ostatni raz.
- Sam na to pozwoliłeś. – Odparł Adam, gubiąc wzrok między witrażami – Powinienem być ci wdzięczny.
Allen przyłożył dłoń do czoła – Nie spodziewałem się, że dojdzie do…
- Stało się. – Uciął Adam – Odprowadź mnie do celi.
***
- Wszystko brzmi jak cisza przed burzą. – Rzekł Nut, siedząc na krawędzi wąskiego łóżka. Hotel z całą pewnością miał znacznie niższy standard niż poprzednie miejsca, w których zazwyczaj nocował.
- Zaskoczę cię, jeśli powiem, że w moim życiu brakuje przewrotów i rewolucji? – Odkrzyknęła Jane.
- Z pewnością… - Odparł Nut, zsuwając z ramion bluzę. Pozbył się również koszulki i podszedł do szafki, by znaleźć choćby jeden czysty ręcznik. Zwrócił wzrok ku brunetce, która opuściła łazienkę. Jej ciało otulone było krótkim, puchowym szlafrokiem, a długie, wilgotne włosy przyklejały się do jej policzków oraz szyi. Kroki stawiała z lekkością, jakiej brakowało jej za dnia.
- Co się tak gapisz? – Parsknęła śmiechem – Już wolne.
Nut z zawstydzeniem odwrócił wzrok – Nie, nic. – Mruknął, przeszukując puste półki. Zamknął szafę.
- Trenujesz?
- Co? – Odwrócił się, zawieszając ręce na biodrach.
Jane zaśmiała się pod nosem – Jesteś naprawdę uroczy. Pytam, czy ćwiczysz. – Dodała, kiwając głową.
- Trochę. Wiesz, Jane… - Zawahał się nad pytaniem – Mógłbym odwiedzić brata?
- Zastanawiałam się nad tym, ale chyba muszę ci odmówić. Tommy może mieć jedno widzenie w miesiącu. W najbliższym czasie muszę się z nim zobaczyć i omówić najbliższe plany. Przyrzekam ci, że zdążysz się nim nacieszyć – Rzekła, ze szczerym uśmiechem. Przeniosła wzrok na łóżko – Mam nadzieję, że się zmieścimy.
- To śpimy razem? – Spytał z przejęciem w głosie.
- Zawsze możesz wybrać balkon. – Odparła z rozbawieniem.
***
Silny strumień zrywa brzegi
Niespokojnych łąk
Ciszy łaknących, zielenią traw…

Kropla tuszu spadła na pożółkłą kartkę. Adam zatrzymał końcówkę pióra w powietrzu, zastanawiając się, jak powinien zabrzmieć kolejny wers. Nie potrafił opisać miotających nim emocji. Odtwarzał w pamięci każdą minioną sekundę, dzień, w którym uwierzył w szczęście na nowo. Nigdy wcześniej nie czuł się tak żywy, jak w momencie, gdy ponownie mógł wziąć w ramiona tego drobnego, znienawidzonego przez świat chłopaka. Podniósł głowę, gdy cienie zaczęły malować niewyraźny rys postaci na ścianach jego celi.
- Adam Lambert? – Przeczytał z kartki młody chłopak – Widzenie w hallu głównym.
- Przecież kolejne mogę mieć najwcześniej za dwa tygodnie…
- Widocznie ma pan większe przywileje niż reszta więźniów. Z resztą to chyba wyjątkowa sytuacja. Proszę za mną. – Rzekł, otwierając drzwi. Adam wyszedł na korytarz, osłaniając się przed ostrym, białym światłem. W duchu modlił się, by tylko nie trafić na Krisa.
- Podobno pan tu pracował? – Spytał młody strażnik, który ukrywał swoje podekscytowanie.
- Tak. – Odparł Adam, po czym zmarszczył brwi – Inni o tym mówią?
- Nie, w więzieniu raczej nie.
Bicie serca nagle przyspieszyło, a brunet poczuł, że traci oddech.
- W takim razie skąd…
- Z mediów.
- O Boże. – Jęknął czarnowłosy, przykładając rękę do czoła – Nie, nie, nie pójdę tam.
- To konie…
- Nie! Chcę wrócić…
Ze swojego gabinetu wyszedł Allen, ściskając w ręku teczkę z dokumentami.
- Co się dzieje? – Spytał surowym tonem.
- Dzwoniłeś do telewizji? – Szepnął głośno Lambert, powstrzymując dzieciaka przed zakuciem się w kajdanki – Dzwoniłeś czy nie?! – Wrzasnął, wzbudzając zainteresowanie pozostałych więźniów.
- David, zostaw nas samych. – Powiedział łagodnie Allen, zbliżając się do przyjaciela – Przyrzekam ci, że tego nie zrobiłem. Nikt mnie nawet o tym nie poinformował.
- Wiesz, kto na mnie czeka?
- Nie wiem. Pójdziemy razem?
Adam zacisnął wargi, opierając czoło o ramię przyjaciela. Poczuł jego dłonie na swoich plecach.
- Ciągle masz przeze mnie problemy.
- Nie myśl o tym. – Odparł cicho Kris – Zawsze działaliśmy wspólnie, pamiętasz? Wyciągnę cię stąd. Przyrzekam ci, że kolejną gwiazdkę spędzisz…
- Z rodziną? Z żoną? No, z kim? – Spytał, cofając się na krok – Dla mnie nie ma już szans, w żadnym ze światów, na którym przyjdzie mi żyć. Wolę być tutaj, z tobą, z ludźmi, którzy byli mi bliscy.
- Z Tommym. – Dodał Kris, zawieszając ręce na biodrach – To wszystko dla niego, tak? Adam, musisz myśleć o sobie.
- Nie potrafię. – Syknął Lambert – Chcę tu zostać.
Z gabinetu wyszła ciemnoskóra policjantka – Adam, twoi rodzice czekają.
- Nie dam rady…
- Przesunąć to widzenie? – Spytał Kris – Adam, słyszysz mnie? Adam!
***
Miasto, choć nieduże miało swój niepowtarzalny urok. Tanie neony biły wprost w okna podrzędnego hotelu. Chłopak uniósł kąciki ust, wpatrując się w pełne gwiazd niebo.

- Tommy, chyba umieram… - Wyszeptał dziewięciolatek, przykładając dłoń do czoła.
- Daj spokój, to tylko grypa. – Odrzekł blondyn, siadając przy swoim łóżku – Wziąłeś tabletki?
- Tak…
Ratliff przyłożył dłoń do czoła chłopaka, sprawdzając jego temperaturę – Nie jest najgorzej. Chodź pod prysznic, zimna woda dobrze ci zrobi.

Wspominał swojego brata. I ku jego zdziwieniu były to pozytywne wspomnienia. Ciepłe, pełne uczuć.

- Północ? Miałeś być dwie godziny temu. Gdzie się podziewałeś? – Spytał Tommy, wstając z kanapy. Rzucił gazetę na łóżko.
- Byłem u koleżanki.
- U koleżanki? A co to za… koleżanka? – Spytał, zakładając ręce na klatce piersiowej.
- Ze szkoły… - Odparł Nut, zrzucając z ramion plecak.
- Jesteś jeszcze dzieckiem, a ja biorę za ciebie odpowiedzialność. – Rzekł Tommy – A tak swoją drogą, dobrze się uczy ta koleżanka?
- Same piątki. – Uśmiechnął się Nut, zmierzając w stronę swojego pokoju.

- Jest chyba trzecia nad ranem… - Mruknęła Jane, siadając na łóżku. Przetarła zmęczone powieki – Chodź do łóżka.
Chłopak zbliżył się, siadając na krawędzi posłania.
- Myślałaś kiedyś o tym, że przeszłość zawsze wypada lepiej w zderzeniu z teraźniejszością?
- Chyba za dużo myślisz… - Odparła, kładąc dłoń na ramieniu chłopaka. Poczuł elektryzujący dreszcz, który wstrząsnął jego ciałem.
- Chciałbym spotkać się z Tommym. Poznać go na nowo.
- Będziesz miał okazję. – Rzekła, gładząc jego delikatne ramię – Był dla ciebie dobry?
- Jak nikt inny.
- Nie wygląda na takiego…
- Każdy próbuje przystosować się do otaczającej go rzeczywistości, co nie? – Uśmiechnął się ponuro, przenosząc wzrok za okno, gdzie gwiazdy żegnały ciężki granat nieba.
***
Adam postanowił przekroczyć próg pokoju widzeń. Widok matki oraz brata wzmógł w nim bezgraniczne poczucie winy, które znalazło ujście w słonych łzach. Zatrzymał się w połowie drogi przykładając dłoń do ust. Chciał się cofnąć, jednak niewidzialna siła rozkazała mu stać.
- Jesteś taki chudy i blady… - Wymamrotała Leila, ignorując spływające z jej oczu łzy. Podeszła do syna, przytulając go z całych sił – To cud, cud, że żyjesz. Policja sugerowała nam, żebyśmy wyprawili ci pogrzeb… boże… - Zaczęła cicho łkać, kryjąc twarz w ramionach Adama. Bracia utrzymywali kontakt wzrokowy. Neil wyglądał na zaskoczonego, poruszonego i zdenerwowanego, lecz mimo tego zbliżył się do Lamberta, łącząc się z nim oraz z matką w silnym uścisku.
- Zawiodłem was.
- Nie mów tak… najważniejsze jest to, że żyjesz.
- A co z ojcem? – Spytał brunet, mierząc wzrokiem Neila.
- Nie mógł przyjść… - Odparł chłopak, kładąc dłoń na ramieniu Adama – Potrzebujesz adwokata?
- Nie, na wszystko jest jeszcze za wcześnie. Kris bardzo mnie wspiera, spełni każdą moją prośbę.
- Kris… ten z osiedla naprzeciwko? – Spytała Leila, łapiąc syna za ręce i cofając się na krok – To dobry chłopak. Uprzejmy, pamiętam go… Co się dzieje z Almą?
- Wszystko dobrze. – Odparł Adam, czując jak ucisk w gardle pozbawia go swobody w wypowiadaniu kolejnych słów.
- Kto cię w to wplątał, kochanie? – Wymamrotała Leila, wyczekująco wpatrując się w twarz Adama. Nie potrafił przed nią kłamać. Pamiętał, że nawet w szczenięcych latach czuł podświadomy obowiązek mówienia prawdy.
- To tylko moja wina. Nikt nie może mnie usprawiedliwiać.
- Zawsze przy tobie będziemy. – Rzekł z trudem Neil. Adam rozumiał, jak wiele musiało go kosztować wypowiedzenie tych słów. Zwrócił wzrok w kierunku drzwi, które minęła Jane. Wziął głębszy oddech, pragnąc ją zawołać, jednak w ostatniej chwili przypomniał sobie, że nie może tego zrobić. Dziewczyna jedynie obrzuciła go krótkim spojrzeniem i usiadła przy stole, do którego podszedł Tommy.
Co? Jak to możliwe? Przecież przypada jedno widzenie na miesiąc. W jaki sposób dostali kolejną szansę?
- Adam, gdybyś wiedział, co przeżywaliśmy przez cały ten czas…
O czym rozmawiają? Wytężył słuch, próbując usłyszeć choćby kilka słów.
- Jak się czujesz? Jesteś zdrowy? Nie możemy się doczekać, kiedy znów będziesz w domu. Zadbamy o wszystko.
Wychodzą?! Dokąd? Dlaczego Jane może opuścić tę salę? Policjant idzie z nimi? Co się dzieje, do cholery? Odwrócił wzrok za trójką, przekraczającą drzwi niedostępne dla gości.
- Adam, jesteś z nami? – Spytała zaniepokojona Leila, gładząc ramię syna.
- Przepraszam, muszę z kimś porozmawiać… kocham was… - Rzucił Lambert, szybkim krokiem wybiegając z sali widzeń. Unikając zmierzającego ku niemu strażnika wpadł do gabinetu Krisa.
- O co chodzi z Tommym?
- Nie powinieneś przychodzić tutaj bez opiekuna. – Odparł Allen, wstając zza biurka – Jego dziewczyna jest w ciąży.
Nie potrafił zdefiniować swoich uczuć. Usiadł na krześle, skrywając twarz w dłoniach, a Kris ukucnął przy nim, zwalniając z obowiązków mężczyznę w mundurze, który wszedł do pomieszczenia.